6/16/2014

Niedzielna 30stka!

Wczorajszy trening był tym, czego było mi trzeba. A było to tak:
rano wiadomość od brata o treści "o której startujemy?" potrzebowałam godziny na zabranie się i chwilę po 9 wybiegłam z domu w stronę Gdańska. Zaczęłam bardzo spokojnie, bez pośpiechu, ociężale, wiedziałam, że Michał zaplanował dla nas ponad 20-kilometrowy trening, więc oszczędzałam się póki jeszcze go nie spotkałam :) Moja sielanka nie trwała długo, bo na ok. 3. kilometrze w oczy zaczęły razić mnie pomarańczowe ścigacze brata. Michał palcem pokazał mi, że mam zawrócić, przybiliśmy sobie żółwika i dyla do przodu! I z mojego spokojnego 5:40 trzeba było przyspieszyć do 5:10, ależ to było trudne. Michał co prawda zapytał czy tempo nie jest zbyt szybkie, ale gdzież tam, nie przyznałam się, że zaraz jęzorem będę zamiatać chodniki. Zaczęłam przyzwyczajać się do tempa i było z każdym krokiem lepiej, chociaż najlepiej się poczułam, kiedy zatrzymaliśmy się "za potrzebą", wtedy mogłam odsapnąć, złapać oddech, uspokoić tętno i pognaliśmy dalej. Wylecieliśmy koło Ergo Areny, dolecieliśmy do ulicy Grunwaldzkiej i tam skierowaliśmy się w stronę Sopotu, aby przy ulicy Smolnej wlecieć w las. Podbieg na samym początku leśnych ścieżek sprawił, iż zwolniliśmy, a mimo wszystko serducho waliło, bo mój brat krzyknął "WĄŻ!" i chyba nie żartował jak to mu się często zdarza... Od tamtej pory wzroku nie podnosiłam. Trochę błądziliśmy po lesie, w sumie oboje byliśmy tam pierwszy raz i nie jestem w stanie powiedzieć, gdzie byliśmy, bo niestety z moją orientacją jest kiepsko, jak ktoś pyta, gdzie biegałam to mówię po prostu "po lesie". I tak wspinaliśmy się, drogi wybieraliśmy "jak popadnie" bądź "jak nam się wydaje", aż w końcu zapytaliśmy starszego pana, który również biegał po lesie, jak dostać się na Osową. Kiedy wydawało się, że już wszystko wiemy, polecieliśmy jak nam wskazano, przecięliśmy ulicę spacerową i znowu wspinaczka. Jęzor miałam już na brodzie, chciałam wracać, ale w nogach mieliśmy dopiero 8 km, więc nie wypadało prosić o zawrócenie. Leciałam za bratem, który dyktował nam tempo, dając mi co jakiś czas chwilę na złapanie oddechu. Dolecieliśmy do kolejnego rozstaju dróg i wtedy postanowiłam włączyć GPS'a, który miał nam pomóc. Nawigacja wskazała nam drogę, wynikało, że do celu mamy już naprawdę niewiele. W głowie zaczęłam sobie nucić, co jakiś czas wydobywając z siebie dźwięki i w końcu oczom naszym ukazał się prześwit! Huuuraa, dotarliśmy, powiedziałam jakiś czas wcześniej Michałowi, że mam ogromną ochotę na Snickera, a on obiecał, że dostanę jak tylko dobiegniemy na Osową. Więc moja radość
była podwójna, po pierwsze koniec wspinaczki, po drugie zjem batona (dodam tylko, że rano nie zdążyłam zjeść śniadania, zamiast tego przed wyjściem wciągnęłam tylko żel od Agisko)! Jednak kiedy byliśmy już na szczycie okazało się, iż nadłożyliśmy trochę kilometrów, bo w miejscu, gdzie sprawdzaliśmy lokalizację na GPS'ie powinniśmy pobiec w drugą stronę... Mimo to do Reala dobiegliśmy! No i dostałam swojego Snickersa! :):):):):):):) Poza batonikiem kolejna misja, wypić izotonika, do tego w rękę dostałam 0,7l wody, Michał powiedział, że umiejętność noszenia wody przydaje się na ultra (ale ciiiiiiiiiiii) :) I kiedy już zaczęliśmy wracać do domu poczułam ogromną moc, śpiewałam już na głos, podziwiałam wszystko, co się dało. Z Owczarni na Oliwę zbiegałam jakby ktoś mnie podłączył do ładowarki i z pełną baterią wypuścił na trening, po kilometrze zaczęły mi boleć trzęsące się "boczki" ;) Ponadto drugim powodem zwolnienia był Michał, który w momencie, kiedy ja zaczęłam tryskać energią, z niego ta energia uchodziła... (już wiem skąd ten efekt ładowania) ;) Kilka razy usłyszałam "jak chcesz to biegnij przodem, możemy się rozdzielić", ale ja wcale tego nie chciałam! Wyszliśmy razem i nie było opcji, żebym zaczęła się ścigać. Na Oliwie mimo, że zwalnialiśmy to tempo i tak wynosiło 5:18, widok takiego tempa na zegarku po prawie 20 km biegu po TPK napawał mnie optymizmem. Pomyślałam sobie, że fajnie byłoby dobić do 30 kilometrów. Wtedy Michał
zapytał czy pobiegnę z nim do targowiska na Przymorzu, odpowiedziałam, że oczywiście! Na to brat odparł, że to dobrze, bo będzie miał więcej motywacji, żeby do tego miejsca dobiec. Skoro brat szukał motywacji uznałam, że nie pozwolę mu się poddać aż do samej klatki i zaproponowałam, że odprowadzę go aż pod drzwi, a i ja nabiegam kilka kilometrów więcej. W drodze z Oliwy na Przymorze spotkaliśmy jeszcze znajomego biegacza Krzyśka. Chyba to była kolejna motywacja dla Michała, gadka szmatka i dobiegliśmy do celu nr 1 - Michał był już pod domem. Piąteczka na pożegnanie i ruszyłam w stronę domu, w międzyczasie pomyślałam, że wyciągnę Szymona z domu, on zaliczy trening w nowych butach, ja nie będę szukała wymówek, żeby skończyć przed 30stym kilometrem. Okazało się, iż Szymon przystał na tę propozycję i zaraz po tym jak wybiegłam z Przymorza spotkaliśmy się na nadmorskich alejkach. Zrobiliśmy jeszcze  przerwę na kolejną porcję żelu od Agisko i zakomunikowałam, że ja przebiegnę jeszcze tylko 4 km i kończę! Szymon nie naciskał, powiedział tylko, że odprowadzi mnie do domu i pobiegnie dalej. Biegło mi się wyjątkowo dobrze, mimo że musieliśmy przeciskać się przez rzesze spacerowiczów. Kiedy już Garmin dał znać, że 28 kilometrów za mną zaczęłam myśleć o jedzeniu, zachciało mi się gofra i ślinka zaczęła ciec, kiedy pomyślałam o toście z szynką i kiedy zaczęłam mówić "zjadłabym tosta z ......" poczułam kamień pod nogą, wiedziałam, że upadnę, ale miałam już tak wykończone mięśnie, że nie miałam siły zapobiec upadkowi, w locie wyłączyłam tylko Garmina i runęłam, wypuszczając wodę z dłoni. Od razu wokół mnie zebrało się kilku spacerowiczów z wyciągniętymi dłońmi, podziękowałam za pomoc, wzięłam wodę i ruszyłam dalej. Łokieć i kolano trochę bolały, ale od domu dzieliły mnie już tylko niecałe 2 kilometry, więc nie było czasu na użalanie się :) Końcówka treningu już przyjemna, 30stka wybiła jeszcze przed domem, ale uznałam, że ostatnie metry już się przejdę i obejrzę swoje brudne kończyny. Okazało się, że nic mi nie jest, ani jednej ryski, więcej brudu niż to warte! 

5/29/2014

Lidzbarska Sahara

Teraz kiedy na zewnątrz temperatura nie przekracza 12 stopni Celsjusza aż nie chce się wierzyć, że to co
Najstraszniejsze zdjęcie w moim życiu, ale
 tak wygląda człowiek, który na pustyni słyszy
"nie mamy kubeczków"
było w niedzielę działo się naprawdę. X Lidzbarski Bieg Uliczny od dawna był wpisany mój kalendarz biegowy, wiedziałam, że pobiegnę i nic nie było w stanie tego zmienić! Jednak tak się złożyło, że wypadał ostatni weekend kawalersko-panieński Pati i Michała. W związku z tym wyjechaliśmy na domek i zamiast "carbolading" było "kiełbo-karkówko-kiszkoloading" zapijane również nie-izotonikiem. Ale skoro się powiedziało, że się pobiegnie to trzeba było chociaż wystartować. W niedzielę wszystkim wstawało się ciężko, emocje nie te same co zawsze. Ale ruszyliśmy, najpierw o 8 do biura zawodów po odbiór numerów, a jako że start był zaplanowany dopiero na 11:15, wróciliśmy jeszcze do domu. Upał od samego rana był przeraźliwy, nauczona przygodami z zeszłego roku, spakowałam czapkę, a żeby głowa znowu nie zaczęła mi się palić. W stronę Placu Młyńskiego ruszyliśmy chwilę po godzinie 10. Tam trochę roztruchtania, trochę uścisków dłoni ze znajomymi biegaczami i nadeszła ta chwila. Ustawiliśmy się razem (z Michałem i Kamilem) zaplanowaliśmy, że pobiegniemy razem. Kiedy ni stąd nie zowąd wszyscy ruszyli, polecieliśmy i my. Początek, jak to zwykle bywa, szybko i w ścisku. W tłumie nie czuje się podbiegów, a więc ten przy PKO
nie był straszny, przerzedzać się dopiero zaczęło na górce koło urzędu pracy. Pogoda sprawiła, że już spałam jak zgrzana maszyna, a to dopiero 1. kilometr! Gdzieś w międzyczasie pogubiliśmy się z chłopakami. Wysunęłam się przed nimi, a szczerze mówiąc myślałam, że to oni pomknęli na przód. Kolejny podbieg do ul. Astronomów i znowu jest ciężko.Myślę sobie jednak, że nie mogę się poddać. Biegnę dla siebie, bo o powtórzeniu sukcesu z zeszłego roku nie ma mowy. Na tą edycję zjechało się dużo mocnych zawodniczek, z którymi jeszcze długo nie będę mogła się porównywać. Kiedy mijamy ul. Warszawską, czyli wykonujemy nawrotkę już marzę o kubeczku wody. Ta jednak jest dana dopiero za kilometr! 2 dziewczynki stały z lewej strony i nie nadążały, całe szczęście dostałam swój kubeczek wody, który od razu wylałam na siebie. Ledwo zdążyłam wyrzucić kubeczek, a tu kolejny stolik. Myślę sobie "a to po co?" 2 stoliki w odstępie 50 m, a na nawrotce nic... Zdecydowanie nieprzemyślane rozmieszczenie punktów. Kiedy mijamy Plac Młyński i wbiegamy na drugą pętlę słyszę znajome słowa "brawo Monia" doping kibiców niesie, póki co, ale nie wyprzedzajmy faktów. Przede mną kolejna seria podbiegów, już tak mi się nie chce. Dobiegam do Wysokiej Bramy, tam stoi Pati i mama to pomaga i dodaje siłę na kolejne kilometry (albo chociaż metry). Nie trzymam się nikogo, nikogo też nie gonię, co jakiś czas zrównuję się z Kamilem, ale na pogawędki jakoś nie mamy ochoty. Dobiegam do nawrotki, tam już jest ciężko, widzę, że jakiś kibic podaje biegaczom wodę - chwała mu za to! Nie zdążyłam sięgnąć po metalowy kubeczek owego Pana, jednak myślę sobie, że wytrzymam, w końcu zaraz będzie punkt nawadniający. Zbiegam myśląc już tylko o kubeczku wody. Wyciągam rękę po wodę i zanim zdążyłam wziąć kubeczek do ręki, chłopak, który mi podawał, już go upuścił, krzyknął "przepraszam". Myślę sobie, że przeprosiny nie ukoją mojego pragnienia, wtedy się ucieszyłam, że przede mną kolejny punkt nawadniający. Widzę mamę i Pati krzyczę "woda, woda, pić" i wtedy jak grom z jasnego nieba uderzyły mnie słowa wolontariuszy "nie mamy kubeczków" Tego uczucia wściekłości i przerażenia nie jestem w stanie opisać słowami. W mojej głowie zrodziła się panika, a z oczu zaczęły płynąć łzy. Szczerze nienawidziłam tego, kto dopuścił do takiej sytuacji. To przecież niepoważne, że w ponad 30-stopniowym upale nie mogę dostać wody!!!!!!! Znowu dobiegam do Placu Młyńskiego, na widok kibiców przykładam palec do ust i proszę o cieszę, niech ktoś mi tylko powie "dawaj Monia" to uduszę! Biegnę dalej, zrezygnowana jak nigdy do tej pory, podbiegi już pokonuje od niechcenia, chcę tylko pić! Aż tu nagle oczom moim ukazuje się butelka wody. Podnoszę ją z chodnika i wylewam na siebie. Jako że była gazowana nie decyduje się na przełknięcie. Na szczęście 300 m dalej stoi mama, zorganizowała kubeczki i mam wodę, mogę przełknąć - jest o niebo lepiej. Czuje jak mój organizm się chłodzi, przestaje parować. Ostatnia pętla to już tylko formalność, trzeba ją pokonać, na nawrotce znowu mijamy Bohatera tego dnia, czyli kibica który podawał wodę! Ma plastikowe kubeczki, tym razem decyduje się sięgnąć po
jeden. Biegnę i kiedy już dobiegam do ostatniego zbiegu czuję kubeł zimnej wody na moich plecach! Myślę sobie o co chodzi? Patrzę, a dogania mnie mój brat! Który chlusną mi wodą w plecy na orzeźwienie. Tego się nie spodziewałam! Decydujemy się z Michałem na wspólne uniesienie rąk i trzymając się za dłonie przekraczamy linię mety! :)
Kiedy my już powoli wracamy do siebie, idziemy do mamy i Pati. Tam okazuje się jest napięta atmosfera, Pati z fotografa wcieliła się w rolę pomocy medycznej, gdyż jeden z biegaczy zasłabł na trasie i nie było nikogo, kto mógł mu pomóc! Przyjechali Joannici, a do przyjazdu karetki minęło ok. 20 minut! Jestem z Lidzbarka i nie powinnam narzekać na "swój bieg", ale przy tak kolosalnych błędach organizacyjnych wstyd mi będzie zaprosić kogoś do Lidzbarka na przyszłoroczną edycję. Totalnie nie rozumiem po co byli żołnierze. Tzn. teoretycznie wiem, żeby obstawiać trasę. Ale tylko jeden przytrzymywał ludzi, aby poczekali, aż przebiegniemy, reszta stała, a ludzie... no cóż, jedna pani jak weszła pomiędzy nas i nie wiedziała co zrobić to stała na środku, muszę przyznać, że to akurat było bardzo niebezpieczne zarówno dla niej jak i dla biegaczy.

5/18/2014

Biegiem Po Wichrowskich Lasach


Tego posta postanowiłam napisać, gdy emocje już nieco opadną. Będąc "na gorąco" po biegu mogłabym przesycić wpis w nadmiernej ilości goryczą, a nie chcę za kilka lat czytać takich wspomnień :) Zacznę, więc od początku, aby wyjaśnić skąd się wzięły takie emocje.

Relacja ze startu w biegu "Biegiem Po Wichrowskich Lasach" to pierwszy post na moim blogu! Start był niesamowicie udany, gdyż zakończył się pierwszym zwycięstwem w życiu :) A więc w tym roku nie mogłam sobie odpuścić tej imprezy. Przyciągnęły mnie do Wichrowa miłe wspomnienia, świetna organizacja i nietuzinkowa trasa. Ponadto do wystartowania udało mi się namówić mojego brata, więc Rodzeństwo z Północy znowu razem na trasie - rewelacja, a żeby było jeszcze lepiej to Michał zapowiedział, że mnie poprowadzi! No już lepiej być nie mogło! Do Wichrowa pojechała z nami jeszcze Pati, a zawiozła nas tam znajoma biegaczka - Ewa, za co dziękujemy :) Do startu mieliśmy bardzo dużo czasu, gdyż biuro zawodów zamykano o 10, a rozpoczęcie biegu zaplanowano na 11:30. Miałam więc czas na wciągnięcie żelu od Agisko, zapicie go izotonikiem i stres... Bardzo dużo stresu. Chciałam jak najszybciej
znaleźć się na trasie, ogromną ulgę poczułam, gdy o godzinie 11:30 wystrzeliła petarda i ruszyliśmy! Początek naprawdę mocny, trasa na pierwszej pętelce to głównie podbiegi i zbiegi, podbiegi i zbiegi! Gnałam mocno! Pierwszy kilometr według mojego Garmina wyniósł 4:15, a głowa podpowiadała śmigaj śmiało, dasz radę to utrzymać. Jakże ona się pomyliła. Przede mną było kilkadziesiąt biegaczy, w tym jedna kobieta totalnie poza moim zasięgiem - 52-letnia, pani Krystyna Pieczulis oraz jeszcze jedna zawodniczka, z którą zaczęłam toczyć walkę o pozycję, którą ostatecznie przegrałam. Mijając pierwszą 2,5-kilometrową pętlę spotkaliśmy Pati, która dała znać, że za plecami wiezie mi się jakaś kobieta. Generalnie od pewnego czasu słyszałam już sapanie aczkolwiek nie wiedziałam od osobnika jakiej płci ono pochodzi, Pati rozwiała wątpliwości. Na drugiej pętli bieg zaczynał stawać się coraz cięższy, tempo zaczęło diametralnie spadać. Głowa już nie mówiła, że damy radę, teraz wręcz wrzeszczała "zeeeejdź, odpuść, zaraz się zrzygasz". Ponadto ta presja, że ktoś wiezie się plecach, straszne uczucie. Nie miałam siły, żeby uciec, a rywalka ani myślała mnie wyprzedzić. Pomagał mi fakt, że obok jest mój brat, że mnie poprowadzi. Kolejne 2,5 km za
nami, czyli znowu przebiegamy przez start i lecimy na kolejną pętelkę, czyli tą z początku biegu. Tutaj znowu górka, z górki, górka, z górki i to (jak mi się wydawało) nieskończoną ilość razy. O ile na podbiegach byłam mocniejsza to na zbiegach traciłam. I tu znowu powtórzę, jak bardzo nienawidzę jak w takich momentach ktoś wiezie mi się na plecach. Niszczyło mnie to strasznie, wydawało mi się, że już nie dam rady. Ale z drugiej, tak już z perspektywy czasu, myślę sobie, że to była solidna lekcja dla mojej głowy. Pani Ela z Olsztyna zahartowała mnie ogromnie, przez to będę mocniejsza w czasie kolejnych startów! Za to owej zawodniczce powinnam podziękować, pewnie taki trening głowy przyda mi się w przyszłości. :) Z drugiej strony, w przyszłości nie chciałabym, żeby powtórzyła się sytuacja z 8. kilometra biegu z udziałem tej samej zawodniczki. A o czym mówię? Mianowicie, wbiegając na ostatnią pętlę trasy, rywalka mnie wyprzedziła i odbiegła mi na kilkadziesiąt metrów. Jednak przed nami był podbieg, czyli moja całkiem mocna strona :) Postanowiłam sobie, że nie odpuszczę. Zrównałam się z biegaczką i ponownie objęłam prowadzenie. Teraz biegłam z bratem ramię w ramię. Jak już wspomniałam, obecność Michała bardzo mi pomagała, szczególnie kiedy biegliśmy tuż obok siebie. Była to już końcówka biegu, nogi miałam nieziemsko
zmęczone, dyszałam jak parowóz. Aż tu nagle coś mnie podcina! Nogi mi się zaplątały, włożyłam ogrom wysiłku,aby utrzymać się na nich, wydobyłam z siebie bardzo nieładne słowa. Nie ma co ukrywać na 8. kilometrze, 10-kilometrowego biegu, podczas którego daje z siebie dużo, żeby nie powiedzieć, że wszystko, nie należę do najprzyjemniejszych osób i nie przebieram w słowach. Okazało się, że przyczyną tego zajścia była moja rywalka. Nie próbuję dopatrywać się w tym celowości sytuacji ani żadnej premedytacji, aczkolwiek słowa "przepraszam" po biegu nie usłyszałam. Ostatecznie
Drużyna BOOST'a!
na mecie zameldowałam się na 4 pozycji w klasyfikacji generalnej kobiet to dało mi drugie miejsce w kategorii wiekowej, a więc podium było! :) Tym razem po finishu nie było szczęścia, raczej łzy złości, a nerwy ukoiły ramiona brata oraz cała rzesza nieziemsko przyjaznych biegaczy! Super jest poznawać nowych ludzi, których łączy ta sama pasja! 

P.S. Mam nadzieję, że kolejną relację napiszę już w nieco innym nastroju. Bo chyba nie do końca udało mi się zapomnieć o wszystkich zajściach. To może być spowodowane faktem, iż dzisiaj nie biegałam. Niestety złapałam kontuzję. Nie wiem co mi jest, ale pod łydką a nad achillesem nieziemsko boli mnie noga przy chodzeniu. Dam jej trochę odpocząć i za kilka dni wracam do treningów pełną parą! :)





5/05/2014

Jestem zającem!

Stało się, pierwszy raz zaliczyłam bieg, w którym nie walczyłam o czas, a właściwie nie walczyłam o swój czas, moim celem było doprowadzenie grupy biegaczy na metę w czasie dwóch godzin i dziesięciu minut. Z racji, że był to mój debiut jako pacemaker stresowałam się już od kilku dni. Do Grudziądza wyruszyliśmy wraz Justyną i Piotrkiem tuż po godzinie 8, sama droga dłużyła mi się nieziemsko, chciałam być jak najszybciej na miejscu i znaleźć się na trasie. Lęki miałam różne, czy uda mi się utrzymać tempo? Czy nie będę szarpać? Czy nie dam się ponieść? I najważniejsze - czy ktoś w ogóle będzie chciał ze mną biec? Po niespełna dwóch godzinach spędzonych w podróży w końcu dotarliśmy do celu. Na miejscu był już Michał, on również tego dnia miał swoją misję - jego celem było poprowadzenie biegaczy na 1:55 (tutaj jego relacja: http://biegaczzpolnocy.blogspot.com/2014/05/zajeczy-debiut-relacja-z-ii-pomaratonu.html ). Czym prędzej pobiegłam do biura zawodów po pakiet startowy, który był naprawdę
Źródło: http://www.chayden.net/Runs/Adidas/
rewelacyjny, znajdował się w nim standardowo numer + agrafki, a ponadto koszulka techniczna (śliczna), smycz, żel Squeezy, broszurki o ciekawych miejscach w Grudziądzu i najlepsza niespodzianka - kubek, który wraz z kubkiem od Radia Gdańsk jest moim ulubionym :) Do tego jako zając otrzymałam specjalną koszulkę pacemakera i tabliczkę, którą generalnie mieliśmy zostawić na ok. 5. kilometrze. Po odebraniu wszystkiego nadszedł czas na przebieranie, szybko wskoczyłam w biegowy strój, oddałam rzeczy do depozytu, założyłam plecak, przymocowałam balony i właściwie byłam gotowa. Mieliśmy jeszcze sporo czasu, więc sobie staliśmy, żartowaliśmy, humory dopisywały wszystkim. Spotkaliśmy też sporo biegaczy, których ja dotychczas znałam tylko z facebook'owej strony Biegacza z Północy. Super jest poznawać nowych ludzi :) Porobiliśmy też sobie sporo zdjęć, tzn. ekhm, Pati porobiła,
my pozowaliśmy. I kiedy już ruszyliśmy w stronę startu poczułam, że coś jest nie tak z moimi spodenkami - no i rzeczywiście było, przód i tył zamieniły się stronami. Początkowo chciałam pobiec do przebieralni, ale jako że czasu było mało, a i ostatnio zapoznałam się ze zdjęciami z kampanii Adidasa - Runners, Yeah We're Different! szybko ściągnęłam spodnie na bieżni i strony wróciły na swoje miejsce. Po tych wszystkich potyczkach w końcu mogłam w 100% gotowa stanąć w gronie biegaczy. Już jak tylko się ustawiłam dołączyła do mnie pani, która planowała ze mną biec. Cieszyłam się, bo jeszcze poza jednym panem, moja grupa się nie powiększała. Wspólne odliczanie i START! Bałam się początku, nie chciałam dać się ponieść, chciałam, aby te pierwsze metry to biegacze poprowadzili mnie, chciałam, aby to oni pokazali mi tempo, którym mamy biec. Chyba jednak wszystkim za dobrze się biegło, bo na pierwszym tysiączku niestety odnotowałam zajęczą porażkę, polecieliśmy o 25 sekund za szybko! Bałam się, że niestety moja grupa może to odczuć później, pomyślałam, że bardzo bym się zdenerwowała, gdybym na swoim półmaratonie miała biec po 4:40/km, a zając by mnie poprowadził na 4:15... Na
kolejnym kilometrze zwolniliśmy i to bardzo, obiecałam sobie, że już żadnych zrywów nie będzie. Usłyszałam ciężki oddech jednej pani, zapytałam co się dzieje, okazało się, iż ma alergię i w okresie wiosennym ma takie duszności. Ulżyło mi, że to nie przeze mnie. Kolejne kilometry już spokojnie, a do mojej grupy dołączały się kolejne osoby. Do 10. km trzymaliśmy się we 4, ale tuż za nami były kolejne 4 osoby. Bardzo chciałam wszystkich doprowadzić, jednak po kilkuset metrach zaczęły się przetasowania. Część biegaczy poleciała, wyprzedzając nas, a część została za nami. Ostatecznie zostałam z 2 panami. Co jakiś czas ucinaliśmy sobie pogawędki. Panowie w pewnym momencie powiedzieli, że nie dadzą rady, że planowali i tak gorszy czas, że jeszcze trochę pobiegną ze mną i
odpuszczą. Nie mogłam się na to zgodzić! Mówiłam, że kryzys jest czymś normalnym, trzeba go przełamać, a dopóki nogi dają radę to nie można się poddawać, głowa zawsze będzie zrzędzić, ale ją wystarczy "wyłączyć" i lecieć dalej. Chyba trochę pomogło, bo jeden z moich towarzyszy był mile zaskoczony, kiedy zobaczył tabliczkę z 14. km, stwierdził, że to szok, że on jeszcze daje radę! On był zadowolony, a jaka ja byłam szczęśliwa! Z chęcią oddałabym trochę swoich sił, które po ostatnich treningach stają się niewyczerpalnym zasobem mojego organizmu ;) Kolejne kilometry to już zmiana nawierzchni, mimo że biegliśmy przez las to nie brakowało wsparcia kibiców - ci, byli wszędzie! Rewelacja! Do 18stego kilometra biegliśmy razem, ale moi towarzysze opadali z sił, jeden pan niestety został. Wielka szkoda, ale jeszcze miałam jedną osobę, którą chciałam doprowadzić. Niestety nie mogłam na nikogo poczekać, w końcu 2:10 to nie 2:15! Osobiście trasy nie znałam, wiedziałam tylko tyle, co mówił mi Michał. Stąd też miałam świadomość, iż na 20. km będzie podbieg. Nie chciałam, aby była to niespodzianka dla moich towarzyszy, więc uprzedzałam, aby zostawili sobie trochę sił. Ta górka jednak okazała się bezlitosna dla
"mojego" biegacza. Motywowałam go, że meta jest blisko, zachęcałam, aby wykrzesał z siebie jeszcze trochę sił! W odpowiedzi usłyszałam, że już od 3 kilometrów ciągnie na resztach energii. I kiedy przeszedł do marszu myślałam, że niestety na metę wbiegnę sama... Jednak mężczyźni są twardzielami i wiecie co? Ten pan również okazał się być silny, po chwili znów biegliśmy ramię w ramię, aby na metę wpaść z czasem 2:09:13!!!! Udało się! Po biegu piwko, pączusie, zupka - mniam! A na koniec grill u Kamila, było super - DZIĘKUJĘ! :) W drodze powrotnej do Gdańska byłam na tyle wykończa, że spałam. To był udany dzień! :)

5/02/2014

LSD, czyli to, co lubię!

Ostatnie treningi to istna sielanka! Co prawda biegamy długie dystanse, ale bez zwracania uwagi na tempo, czyli po prostu LSD (Long Slow Distance). Ostatnio nawet sobie pomyślałam, że Orlen Warsaw Marathon był pierwszym treningiem do jesiennego maratonu, gdyż od 3 tygodni średni treningowy dystans nie jest mniejszy niż 20 km. Co więcej mój organizm już zaczął przyzwyczajać się do takiego kilometrażu i bardzo pozytywnie zaskoczył mnie wczoraj swoim brakiem protestów. A co działo się wczoraj? No więc tak, najpierw standardowo odczytałam wiadomość od brata "biegamy razem?", już jest to pytanie retoryczne, aczkolwiek potwierdziłam swoją gotowość do wspólnego treningu i po 8 wyruszyłam w stronę Przymorza. Śmiało zaufałam pogodynkom i zamiast T-shirtu ubrałam koszulkę z długim rękawem. Już po pierwszych metrach uznałam, że tym kłamczuszkom więcej nie uwierzę. Po 4 km czułam się niemalże jak po maratonie na Saharze (nigdy na pustyni nie biegałam, ale wydawało mi się, że może być podobnie ;)). Na szczęście Pati użyczyła mi swojej koszulki i mogłam już nieco bardziej na letniaka wyruszyć, uzupełniliśmy jeszcze zapasy w plecaku, pakując żele, wodę i hej przygodo! Pierwszomajowy poranek, ulice niemalże puste, humory dopisują, kierujemy się w stronę Oliwy. Nie wiem o czym rozmawialiśmy, bo zawsze poruszamy wiele tematów, ale w każdym razie buzie nam się nie zamykały. A! Na pewno byliśmy zdumieni, że niemalże wszystkie sklepy są otwarte, a my przed wyjściem zaopatrzyliśmy się w kranówkę, sądząc że z racji święta nigdzie nie będziemy mieli okazji nabyć butelki z wodą. Tak sobie lecąc dotarliśmy do TPK. Od początku kierowaliśmy się w stronę czarnego szlaku. Gdy w końcu obraliśmy właściwy cel, zaczęła się wspinaczka.
Czarnuszek nas nie oszczędzał, od początku stromo. Po wdrapaniu się na szczyt uznałam, że jest dobrze, ale żeby później było równie dobrze powinnam się wspomóc żelem. Kilkuminutowa przerwa i ruszyliśmy dalej, tym razem trzeba było zbiec. I tak powtórzyliśmy jeszcze kilka razy ten rytuał wbiegów i zbiegów, by w końcu znaleźć się na Matarni. Michał żywo opowiadał o sobotniej przygodzie z czarnym szlakiem, niemal każda górka, każdy zakręt wiązał się z jakimiś wspomnieniami. Może za wyjątkiem trasy Matarnia-Kokoszki, która z relacji brata jeszcze kilka dni temu wyglądała nieco inaczej. Ale nowe górki były okazją do wspinania się i zrobienia kilku fotek! W tym samym miejscu Michał wykonał telefon do Piotrka, który postanowił do nas dołączyć. Sprężyliśmy się więc i ruszyliśmy dalej, w stronę Otomina. Od Kokoszek ja byłam nawigatorem i no cóż, nieco się pogubiliśmy ;) Z moją orientacją no cóż, najlepiej nie jest, a i oznaczenia szlaku również pozostawiają wiele do życzenia. Na szczęście szybko wróciliśmy na właściwy tor! Z każdym kilometrem byłam zdumiona, czułam się naprawdę świetnie! Ostatnio kryzysy łapały mnie już to na 12. km to w
okolicach 20stego, a tym razem nic! Poczułam, że to może ten dzień kiedy zostanę utltrasem! Mój zapał jednak ostudził Michał, przypominając o zbliżającym się (wielgachnymi krokami) półmaratonie. Będę odpowiedzialna za wynik innych, nie mogę sobie pozwolić na niemoc w nogach. Po dotarciu nad Jezioro Otomińskie nadszedł czas na kolejny żelik, skoro mój organizm tak dobrze na nie reaguje to niech ma, czego chce. Chwilę później dobiegł do nas Piotrek i ruszyliśmy w stronę Oruni. To dopiero była przygoda! Chaszcze, wertepy i inne tego typu atrakcje! Jak ja to polubiłam. Gdzieś moja miłość do asfaltu wygasła, co prawda lubię czasem i po chodnikach pohasać, ale to jednak kros dominuje w treningach! Mijaliśmy strumyki, jeziora i w końcu dotarliśmy do celu - wieży widokowej, po 30 kilometrach biegu kazano mi wdrapywać się na szczyt, jednak dla takich widoków było warto! Panorama przecudowna :) Ostatni etap trasy był już najkrótszy, udaliśmy się po prostu na pętlę tramwajową. Ale mam wrażenie, że gdyby nie jutrzejszy bieg nie skorzystalibyśmy z przejażdżki tramwajem ;) Jednak półmaraton w Grudziądzu jest ważniejszy! Pierwszy raz w życiu staję przed tak odpowiedzialnym biegowym zadaniem. Stresuję się nieziemsko, ale mam nadzieję, że pojawią się chętni, którym celem będzie 2:10 :)

4/28/2014

Zabiegane życie

Moje zaległości w pisaniu postów są kolosalne! Na szczęście w treningach nie jest tak źle ;) Nadrabiając straty, najlepiej będzie jak zacznę od początku. Orlen Warsaw Marathon przeszedł już do historii, nawet nogi już nie pamiętają o biegu. Treningi po 2 dniach przerwy zostały wznowione. Od maratonu wychodziłam na trening biegowy 7 razy, 3 razy jeździłam na rowerze i raz wzięłam udział w zawodach. I tak treningowo- biegowo pokonałam niespełna 140 km, na rowerze nieco ponad 40 km. Każdy trening biegowy był inny, zmieniał się skład, ale niezmiennie zawsze towarzyszył mi mój brat. Przerzuciliśmy się na las, a to przydało się w sobotę podczas II Pruszczańskiego Biegu Gotów. Już jakiś czas temu zauważyłam w kalendarzu biegowym, że będzie rozgrywany taki bieg. Zaproponowałam Szymonowi, czy może nie miałby ochoty się wybrać ze mną. I to co usłyszałam przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Szymon nie dość, że bez zawahania zgodził się pojechać do Pruszcza Gdańskiego ze mną to jeszcze planował wystartować! Rewelacja :)
fot. M. Siwowski
Wspólny bieg zaplanowaliśmy dopiero na Noc Świętojańską, a tu taka niespodzianka. W sobotę o 9 rano siedzieliśmy już w pociągu. Pogoda dopisywała, humory również. Dla nas obojga była to pierwsza wizyta w Pruszczu, jednak bez problemów udało się odnaleźć Faktorię, czyli miejsce biegu. U celu zameldowaliśmy się chwilę po godzinie 10, tak więc mieliśmy jeszcze ponad 2 godziny dla siebie. Wykorzystaliśmy ten czas na naładowanie się węglowodanami i obserwowanie biegów młodzieżowych. To jaką frajdę sprawia bieganie dzieciom naprawdę cieszy, a widok ich dumy, gdy na ich szyjach zawisły medale był bezcenny. Im bliżej było do naszego startu, tym bardziej atmosfera zaczęła się robić stresująca. Dla mnie miał to być kolejny bieg, jednak Szymon debiutował. Chciał wypaść dobrze, próbowałam doradzić jak najlepiej taktycznie rozegrać bieg. Trasa składała się z 4 pętli (każda miała liczyć po 2,5 km, jednak wyszło inaczej), Szymon przed startem powiedział, że nie chciałby abym go zdublowała. Zapamiętałam te słowa. Tuż przed godziną 13 staliśmy już na starcie, ustawiliśmy się w połowie stawki. W międzyczasie na terenie parku rozgrywany był mecz rugby i jako że zahaczał on o trasę musieliśmy poczekać na jego zakończenie. W rezultacie wyszło 10 minut opóźnienia. Po gwizdku kończącym, nadszedł czas na wystrzał startera, a
właściwie okrzyk START! I niespełna 70 biegaczy ruszyło. Z racji, że ustawiłam się tam, gdzie się ustawiłam na początku zaczęłam wyprzedzać. Aż do momentu, gdy przede mną były już tylko 2 kobiety, obie obserwowałam już przed startem, wydawało mi się, że będziemy mogły się pościgać. Już na samym początku trasy przywitał nas podbieg, bardzo podobny do tego na Akademickich Mistrzostwach Polski i jego istota była taka sama, mieliśmy się na niego wdrapać, aby obrócić się na pięcie i z niego zbiec, był on jedynie bardziej łagodny od tego w Łodzi. Mimo, że planowałam trzymać się na plecach, uznałam, że mogę zaatakować i objąć prowadzenie. Wbiegając udało mi się to zrobić. Nie wiedziałam jednak jak górka odbiła się na dziewczynach, ale skoro jedna z nich miała koszulkę z biegu rzeźnika to pomyślałam, że pewnie mi nie popuści, bo czymże dla niej jest taka góreczka. Nie chciałam tracić sił na oglądanie się, więc biegłam swoje. Trasa bardzo przełajowa, po zbiegnięciu wlecieliśmy na drogę gruntową, a tam otoczeni naturą
fot. M. Siwowski
pokonywaliśmy kolejne metry. Mijaliśmy stawy, rzeczkę, przebiegaliśmy przez most, iście malowniczo. Było co podziwiać, szczególnie gdy wbiegliśmy na teren faktorii, osada robiła wrażenie, może mogłabym bardziej ją podziwiać, gdyby nie fakt, że nawierzchnię pokrywały nierówne, wystające kamienie, trzeba było nieco zwolnić, aby nie nabawić się kontuzji. Po dobiegnięciu do kostki brukowej, można już było wrócić do podkręcania tempa, gdyż lecieliśmy po placu rozrywki, a tam kończyła się jedna pętla i zaczynała kolejna. Na drugim okrążeniu zorientowałam się, iż druga kobieta ma do mnie ok. 300 metrów straty. Dało mi to poczucie spokoju, nie martwiłam się, że może mnie dogonić, byłam spokojna, tym bardziej, że ciągle biegło mi się rewelacyjnie. Niosły mnie okrzyki kibiców. Druga i trzecia pętla minęła w mgnieniu oka. Kiedy zaczęłam czwarte okrążenie trochę zwątpiłam. Garmin pokazywał nieco ponad 6 km, zaczęłam się zastanawiać czy może to miało być 5 kółek. Jednocześnie zaczęłam dublować coraz większe ilości ludzi i tutaj myśl o 5 okrążeniu została przyćmiona myślą o Szymonie. Najbardziej w świecie nie chciałam go zdublować, postanowiłam, że jak tylko ujrzę go w zasięgu wzroku to zwolnię i będę po ciuchu biegła za nim aż do mety. Na szczęście obawy mojego chłopaka były niesłuszne, musiałabym nieziemsko szybko biec (a tak nie umiem;) ), aby minąć go na trasie. Do mety biegło mi się rewelacyjnie, w końcówce nogi rwały, a buzia się śmiała. Cudowne jest uczucie wygranej! Po ukończeniu biegu dobiegł do mnie pewien pan, który poprosił o krótki wywiad, z dumą mówiłam, że reprezentuję Lidzbark Warmiński! Szymon na mecie zjawił się niespełna 8 minut po mnie! Ukończył swój pierwszy bieg! A ja jestem taka dumna :) Przed nami jeszcze wiele wspólnych wyjazdów :) Druga kobieta tego dnia wbiegła chwilę po moim Szymonie, tak więc tak jak czułam już na drugim okrążeniu, pozycję miałam niezagrożoną. Kolejny raz na przełajach udało mi się
utrzymać tempo w granicach 4:30/min! A co do dystansu, to cóż... Planowane 10 km, skurczyło się do 8,55. Emocje tego dnia jednak nie skończyły się na II Pruszczańskim Biegu Gotów, gdyż dzień wcześniej o 20, trójka znajomych z Akademii Biegania wystartowała z akcją "125 km i Piotruś stanie na nogi", a w nocy Michał i Michał dołączyli do nich. Po moim bracie można było się spodziewać wszystkiego, ale tym akurat mnie zaskoczył. Gdy tylko dorwałam się do telefonu w zobaczyłam, że mam 4 nieodebrane połączenia, wszystkie od Michała. Czym prędzej oddzwoniłam i usłyszałam zmęczony głos brata, powiedział, że ma w nogach już ponad 60 km i biegnie do Sopotu. Chciałam jak najszybciej również dostać się do Sopotu, najchętniej to dobiec na szlak i dołączyć do brata, z racji na odległość było to niemożliwe. Z Szymonem złapaliśmy autobus i ruszyliśmy w stronę Gdańska. Z drogi próbowałam jeszcze skomunikować się z bratem, jednak on na rozmowy już nie miał ochoty. Szczerze mówiąc stresowałam się i to bardzo. Ale Michał jest wariatem! Zadzwonił, kiedy my byliśmy już w skm i powiedział, że jest już na miejscu i czeka na Andrzeja i Piotra, którzy za chwilę będą na Monte Casino. Na szczęście i nam udało się zdążyć i przywitać brawami bohaterów! Dzięki tej akcji Piotruś będzie miał pionizator, a to wszystko dzięki trójce niezniszczalnych, którzy przebiegli czarny szlak oraz osobom, które równolegle biegły na Placu Przyjaciół na bieżniach i jechały na rowerku stacjonarnym. Oby więcej takich akcji :)
A kończąc chciałabym jeszcze tylko napisać o najbliższym weekendzie, gdyż jest dla mnie nietypowy. 3 maja startuję w półmaratonie w Grudziądzu i nic by w tym nadzwyczajnego nie było, gdyby nie fakt, że już wiem jaki uzyskam czas, a będzie to 2:10. Dlaczego akurat tak? Ponieważ będę zającem! Zamierzam poprowadzić grupę biegaczy, pierwszy raz w życiu wcielę się w rolę pacemakera, oby się udało :)

4/14/2014

Orlen Warsaw Marathon

Start docelowy tego sezonu już za mną, z Warszawy wróciłam mądrzejsza o kolejne biegowe doświadczenie, ale zacznijmy od początku. Wyjazd do stolicy to przede wszystkim bieg maratoński. Jednak jako że z Szymonem opuściliśmy Gdańsk już w piątkowy poranek to mieliśmy jeszcze czas na zwiedzanie. Wzięliśmy udział w Biegu Na TAK i przede wszystkim dobrze się bawiliśmy, biegając, a także karmiąc wiewiórki, kaczki, pawie w Łazienkach Królewskich. Podziwialiśmy także zawziętość opiekunów osób niepełnosprawnych, którzy protestują pod sejmem już prawie 3 tygodnie. Wszystkie te wydarzenia przyćmione były jednak myślą o OWM. Z każdą kolejną godziną stresowałam się coraz bardziej, a kiedy w końcu nastała niedziela serce mało nie wyskoczyło z klatki piersiowej. O spaniu niemalże nie było mowy, budziłam się co chwilę, zerkając na zegarek i wyczekując 6, żeby w końcu móc wstać. Kiedy wybiła długo wyczekiwana godzina szybko wstaliśmy, zjedliśmy, wymeldowaliśmy się z hotelu i nareszcie wyruszyliśmy na błonia Stadionu Narodowego. W drodze targały mną skrajne emocje, raz cieszyłam się na
Pierwsza biegowa opalenizna
myśl o biegu, a po chwili ze stresu leciały mi łzy. Dobrze, że był ze mną Szymon, który dodawał mi otuchy i wzbudzał siłę do walki. :) Po przybyciu na miejsce startu nie było odwrotu. Nadszedł ten dzień, wybiła ta godzina! Trzeba było ustawić się w strefie Stop Cafe i wyruszyć w trasę o długości 42,195 km. Sam start przebiegł bardzo sprawnie, maratończycy oraz uczestnicy biegu na 10 km wyruszyli w tym samym czasie i z tego samego miejsca, jednak w przeciwnych kierunkach. Speaker zachęcał biegnących na krótszym dystansie do tego, by oklaskali maratończyków. Brawa dodały mi siły! Kiedy w końcu uruchomiłam swojego towarzysza - Garmina, przygoda się zaczęła. Ruszając jeszcze byłam zestresowana, może nawet nie do końca dowierzałam, że znów biegnę maraton! Jednak odwrotu nie ma, trzeba pokonać Królewski Dystans. Na pierwszym kilometrze ktoś z kibiców krzyczy "Dajesz Mała", wtedy na mojej twarzy pojawia się uśmiech i
budzi się chęć do biegu. Wsparcie kibiców potrafi ponieść, na mnie zawsze działa. Początkowe tysiączki mijają bardzo sprawnie, nogi już się rozgrzewają, głowa szczęśliwa, płuca bez zarzutów, czego chcieć więcej? W okolicach 6. kilometra słyszę znany głos "Jest i Moniczka", odwracam się i widzę lidzbarskich biegaczy. Z Andrzejem mieliśmy podobne założenia, co do czasu, wiec postanowiliśmy biec razem. Wspólne treningi z Michałem przyzwyczaiły mnie do towarzystwa, więc tym razem nie miałam żadnych obiekcji, jak to zdarzało się na poprzednich biegach. Kilometry z Andrzejem mijały nadzwyczaj szybko, a tempo naszego biegu było naprawdę dobre. Dodatkowo ucinaliśmy sobie pogawędki, uśmiechając się do fotoreporterów i klaszcząc do kapel. Gdzieś przed 15. km zbiegłam do punktu odżywczego po wodę, a kiedy wróciłam na trasę zgubiłam towarzysza. Po chwili zauważyłam Andrzeja jakieś 20 metrów przed sobą, ale nie chciałam szarpać tempa. Postanowiłam, że pobiegnę sama, a jak się uda dogonić kolegę to super, a jak nie to szkoda. Trasa prowadziła przez nieznane mi ulice Warszawy, nie tylko ja byłam tam po raz pierwszy, część biegaczy na głos zastanawiała się czy to jeszcze jest stolica. Otaczały nas domki jednorodzinne, przed nami był las, a w nim zbieg. Bardzo niebezpieczny zbieg, stromy, długi i z niekomfortowym zakrętem. Mój achilles lekko ucierpiał na nim. Na twarzy pojawił się grymas, ale zniknął, kiedy znów u mego boku pojawił się Andrzej. Kolejny raz pokonywaliśmy wspólnie
Biegamy i pomagamy - Bieg na TAK
kilometry, dobiegliśmy do połowy maratonu i dumnie spojrzeliśmy na zegarek, który pokazywał, że mamy ponad 2 minuty zapasu. Było super, ale nie na długo. Schody zaczęły się już na ok. 22. kilometrze, kiedy wbiegliśmy w pole, a w perspektywie mieliśmy długą prostą na szczerym słońcu. Jeszcze trzymaliśmy tempo, jeszcze były chęci, ale na twarzy zamiast uśmiechu pojawiał się grymas. Odczuwałam większą potrzebę nawadniania się, toteż korzystałam z każdego punktu z wodą. Coraz częściej spotykaliśmy już maszerujących biegaczy, obolałych i wycieńczonych. W czasie biegu nie byłam tego świadoma, ale odsłonięta część mojego ciała naprawdę się spiekła.  Biegłam z myślą, że na 30. kilometrze jest nasz hotel, a stamtąd już tak blisko do mety. I wiecie co, kiedy w końcu minęliśmy ten wyczekiwany tysiączek wcale nie było lżej. Był to dystans już nieznany dla moich nóg. Nie robiłam takich wybiegań w czasie treningów, więc moje dolne kończyny przeżywały szok. Andrzej miał więcej sił ode mnie, więc napierał dalej, a ja zostałam. Cierpiałam niemiłosiernie. Nogi protestowały jak tylko mogły.  Nie pocieszała myśl, że do mety tylko 8 kilometrów,

Sparta!
tylko 5, że tam czeka Szymon, że Michał, tata i Patrycja przyjechali. Na nogi to nie działa. W końcu, kiedy każdy kolejny krok stanowił problem, zdecydowałam się na krótkie rozciąganie. Musiałam się zatrzymać i zrobić kilka wymachów nóg. Nie było innego wyjścia, inaczej bym musiała zejść. A taka myśl także krążyła mi po głowie, chciałam odpuścić, spróbować następnym razem. Wiedziałam, że 3:30 nie jest już w moim zasięgu. Wspomagałam się jak tylko mogłam, sięgałam po czekoladę na punktach odżywczych, a żeby nie doprowadzić do żołądkowych rewolucji to konsumowałam ją w marszu. Tak bardzo chciałam być już na mecie, a nogi tak bardzo nie chciały biec. Kolejny krok wiązał się ogromnym bólem. Ciągnę nogi siłą woli, dobiegam w końcu do 40stego kilometra (w głowie przeklinam królową angielską, przez którą wydłużono dystans o 2,195 km), aż tu nagle widzę mojego brata! Otępiałam! Zmęczona, obolała, patrzę na Michała i chce mi się płakać. Targały mną skrajne emocje, cieszyłam się, że Michał tu jest, a z drugiej strony byłam tak wycieńczona, że chciałam zejść. Zagadywałam Michała o wyniki zwycięzców, o pozycję Henryka Szosta, o czasy Kszczota i Lewandowskiego. Minęliśmy 41. kilometr i znowu zaczęłam się poddawać,

Właśnie tak umieram
chciałam się zatrzymać, nie pozwolił mi na to brat. Jego siła i motywacja dopchała mnie do mety. Po 3 godzinach 37 minutach i 20 sekundach zakończyłam morderczą walkę. Od ok. 30. kilometra krążyła mi głowie myśl, że nie może być zwycięzcą nazwany ten, kto nie ma kilometrów wybieganych. Gdyby ktoś zadał mi pytanie, czy mogłam pobiec lepiej? Moja odpowiedź to zdecydowanie nie. Jestem nieziemsko szczęśliwa z tego,co osiągnęłam. Przy okazji mam nauczkę, że bez długich wybiegań nic nie zwojuję. Ale nawet nie wyobrażacie sobie ile mam w sobie teraz motywacji do dalszych treningów. Już jest pewne, że na jesień pobiegnę kolejny maraton i w końcu złamię 3:30! Ale jesienny maraton będzie na tyle niezwykły, że do pokonania 42,195 km zdeklarował się także tata no i Michał oczywiście. Czyli na liście startowej nazwisko Sawicz pojawi się aż 3-krotnie!!!! Wracając do Orlen Warsaw Marathon, uważam, że organizatorzy wywiązali się idealnie. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Z mojej perspektywy niczego nie zbrakło. Do tego wolontariusze, super młodzi ludzie, którzy wykonali kawał solidnej pracy, do każdego podchodzili z uśmiechem. Bez nich nie było by nas! Na koniec chciałabym podziękować: Szymonowi, który pojechał ze mną, wspierał mnie i przede wszystkim był! Patrycji i Michałowi, którzy przyjechali z Łodzi, aby dopingować mnie na najtrudniejszych, ostatnich, metrach trasy oraz największe podziękowania dla rodziców, którzy rozumieją moją pasję, dają siłę i ogromne wsparcie. Ciężko by było mieć rodziców przeciwnych bieganiu. Moi rodzice sami biegają i cieszą się moimi sukcesami ze mną! Są najlepsi na świecie!!! A także moja super babcia, która również śledzi moje biegowe poczynania, a także czyta wszystkie artykuły dotyczące biegania i biegaczy i ogląda programy o tematyce biegowej. Nie ma nic lepszego niż taka rodzina :)

4/06/2014

Akademickie Mistrzostwa Polski w Biegach Przełajowych Łódź 2014

Sekcja LA AZS UG
Tegoroczny start w Akademickich Mistrzostwach Polski był drugim w mojej biegowej przygodzie. Tym razem pojechałam do Łodzi już z doświadczeniem, z pewnymi planami i założeniami, które bardzo chciałam zrealizować. Nie ukrywam, że ciężko jest nabiegać "coś" w maratonie i na 6 km, ale nikt nie powiedział, że nie jest to niemożliwe. Ja przede wszystkim chciałam poprawić się w stosunku do roku poprzedniego. To był cel główny i stanowił priorytet. Z taką misją w piątek rano wyruszyłam. Najpierw do Gdańska, tam super mocna ekipa - LA AZS UG wraz z najlepszym trenerem (najbardziej dopingującym na trasie, ale o tym później) wyruszyła w podróż do Łodzi, chwilę później dołączyła również do nas Politechnika Gdańska, a więc dwie trójmiejskie uczelnie wyruszyły na podój, niezbyt pięknego miasta, Łodzi. Humory dopisywały, po nikim nie widać było stresu, pojechaliśmy zrobić swoje. Co by nie było, my i tak znamy swoją wartość! Po ponad 5-godzinnej podróży w końcu dotarliśmy do celu, czyli do biura, w którym nas weryfikowano - formalności. Od organizatorów otrzymaliśmy koszulki, zjedliśmy obiadokolację i ruszyliśmy w ostatnią podróż autokarową tego dnia, czyli do hotelu. Hotel niczym nas nie zaskoczył, gdyż był to dokładnie ten sam, w którym nocowaliśmy w roku ubiegłym. Luksusów nie oczekiwaliśmy najważniejsze były łóżka, a te sprawdziły się idealnie. Na wieczór zaplanowaliśmy, a właściwie zaplanowałyśmy wspólny rozruch, szczerze mówiąc miałam co do niego pewne obawy, a to ze względu na to, iż dzień wcześniej wykonałam 2 treningi, ten drugi w lesie i nie ukrywam, że moje nogi miały dość, chciały najzwyczajniej odpoczywać. Mimo to postanowiłam, że wyjdę, chociaż trochę się poruszać. O godzinie 20 czekałam już na dziewczyny przy recepcji, które punktualne niczym szwajcarski zegarek zjawiły się w umówionym miejscu. Wyruszyłyśmy! Mój rozruch jednak nie trwał długo, gdyż po pierwszym kilometrze uznałam, że wracam. Uda dawały o sobie znać, a przecież lepiej być niedotrenowanym niż przetrenowanym, jak to niczym mantrę powtarza mój brat. W myśl tej zasady wróciłam do pokoju i poszłam spać. 8-godzinny sen i w końcu nadszedł ten dzień! Budziłam się kilka razy, ale kiedy w końcu wybiła godzina 6:30 uznałam, że nie ma sensu męczyć się i próbować spać dalej. Wstałam, spakowałam się i czekałam, aż wstaną dziewczyny, by móc
Z Olą, tuż przed startem
fot. Andrzej Cieplik
pójść na śniadanie. Wystarczyło obejrzeć jeden odcinek serialu, a moje współlokatorki były już w gotowości. Specjalne ładowanie się węglowodanami przed takim biegiem było dla mnie bezsensowne, więc każdy zjadł, co lubił no i w końcu mogliśmy wsiąść do autokaru i pojechać do parku. Pierwszy start dziewczyn na 3 km, zaplanowany był na godzinę 10:45. O opóźnieniu nie było mowy, więc kiedy tylko dotarliśmy na miejsce, znaczna większość damskiej ekipy rozpoczęła rozgrzewkę. Na mnie i na Olę było jeszcze za wcześnie, gdyż nasz start miał nastąpić godzinę później. Tak więc my w tym czasie udałyśmy się na obchód trasy. Ola pokazała mi podbieg, który ze względu na pogodę w ubiegłym roku, był uznany za zbyt niebezpieczny i nie uwzględniono go w przebiegu trasy. Powiem tak, na pierwszy rzut oka robił wrażenie. Był stromy, a najciekawsze było to, że dowiedziałam się od Oli, iż wbiegnięciu, zrobimy obrót o 180 stopni i będziemy zbiegać. Ciekawe, ciekawe. Więc w końcu kiedy po 5 km roztruchtania w końcu ustawiłyśmy się z Olą na mecie, dostałyśmy piąteczki z energią i siłą od trenera, czekałam tylko aż dotrę do tej górki. Krótkie odliczanie i ruszyliśmy! Ucząc się na błędach z minionego roku, starałam się na początku nie dać się ponieść. Nie do końca mi się to udało, gdyż czas po pierwszym kilometrze wyniósł 4:08. Zdecydowanie za szybko jak na mnie. Popukałam się po głowie, wiedziałam, że nie utrzymam tego do końca, a chciałam ukończyć bieg. Biegło mi się rewelacyjnie, dziewczyny naprawdę reprezentowały wysoki poziom, gnały i gnały, zostawiając mnie w tyle. Serce pękało na widok coraz większej ilości pleców. W pewnym momencie dotarł do mnie znajomy głos "dawaj, dawaj", była to koleżanka Agata, reprezentantka Politechniki Gdańskiej. Pamiętałam jak w ubiegłym roku Agata poklepała mnie po plecach, jakiś kilometr dalej i pognała niczym strzała. Tym razem chciałam trochę się pościgać, obudził się we mnie duch rywalizacji. Nie dałam się wyprzedzić, ale czułam oddech koleżanki na plecach, niesamowicie mnie to motywowało. Miałam Agatę blisko i chciałam, żeby ten wyścig był ciekawy. Jednak kiedy w końcu dobiegłyśmy do górki do moich uszu dotarły okrzyki super kibicek, czyli dziewczyn z sekcji, które startowały na 3 km (i wypadły znakomicie). Najbardziej utkwiły mi słowa "Ta górka jest Twoja, pokaż co potrafisz" i nie zwalniając dotarłam na sam szczyt, zostawiając rywalki w tyle. Ze zbieganiem miałam problem, gdyż zbiegi są moją Piętą Achillesową i naprawdę nie umiem sobie z tym poradzić. Mijając dziewczyny uśmiechnęłam się do nich, miało to oznaczać "dziękuję", jednak wypowiedzieć tego nie dałam rady. Do końca pierwszego okrążenia zostało mi już tylko kilkaset metrów. Okrzyki dziewczyn, które miałam w głowie doniosły mnie do końca. Mijając metę i wyruszając na kolejne okrążenie, spotkałam na trasie trenera, który krzyknął iż zajmuję ok. 50 miejsce. Pomyślałam, ze jest całkiem nieźle, gdyż wszystkich zawodniczek było (niewiele) ponad 100. A że minęła pierwsza połowa trasy, którą miałam biec z głową, w końcu postanowiłam wyłączyć głowę i włączyć serce. Teraz to ono mnie prowadziło. Udało mi się wyprzedzić jeszcze 2 dziewczyny, później robiło się już coraz rzadziej, do kolejnej grupy dzieliło mnie kilkadziesiąt metrów. Chciałam je także przyatakować, ale było totalnie poza moim zasięgiem. Biegłam, trzymając tempo. Byłam niesamowicie szczęśliwa. W końcu widać efekty treningów. Gdy tylko wiatr mocniej zawiewał potarzałam sobie słowa pewnej piosenki "to daje mi siłę, daje mi wiarę, obrzuci mnie błotem i zada mi karę iiiiiiiii znów da radość potem". Ten cytat niósł mnie i zaczęłam nieco podkręcać, moim oczom ukazały się 3 dziewczyny, 2 w moim zasięgu, jedna nieco dalej. Gnałam za nimi i znowu dotrałam do podbiegu, gdzie znów spotkałam rewelacyjne motywatory, czyli dziewczyny z sekcji. I znowu ich słowa mnie napędziły i wiecie co? Wyprzedziłam te dziewczyny!! Awansowałam o 3 pozycje, ale czułam, że tym razem nieco przesadziłam. Trochę za mocno pobiegłam, w brzuchu zaczęły się rewolucje, przebiegając koło dziewczyn podniosłam
Piękny medal!
tylko kciuka do góry i obiecałam sobie, że co by się nie działo do mety dobiegnę. Ich okrzyki mnie niosły do kolejnego zakrętu, gdzie oczom moim ukazał się trener Andrzej Cieplik. I mimo, że w poranne śniadanie podeszło mi już do gardła to jego okrzyki spowodowały, że znowu zaczęłam podkręcać tempo. Trener udowodnił mi, że mogę! Całe moje wnętrzności zaczęły wirować, myślałam, że zaraz padnę i zwymiotuję. I kiedy wydawało mi się, że już nie dam rady i muszę się zatrzymać, wtedy znowu dotarły do mnie słowa trenera! Słyszałam go niemalże do końca, a przez to się nie poddałam i dobiegłam! Ostatecznie zajęłam 49. pozycję i mimo iż takie tempo pozwoliłoby mi zapunktować, gdybym biegła na 3 km, to tym razem na dwa razy dłuższym dystansie nie udało mi się przyczynić się do sukcesu drużyny. ALE! Przecież poprawiłam życiówkę o 5 minut! I to chyba znaczyło dla mnie najwięcej. Byłam z siebie dumna, ukończyłam bieg z satysfakcją, a przecież o to w bieganiu chodzi :) A jeśli chodzi o występ drużynowy to dziewczyny zajęły 5 miejsce w klasyfikacji generalnej i 2 miejsce wśród uniwersytetów z całej Polski!!!!!!! Sukces ogromny!

4/03/2014

Sezon startowy w pełni

Źródło: http://azs.p.lodz.pl/wydarzenia/akademickie
-mistrzostwa-polski-w-biegach-przelajowych/
Dzisiejszy trening to już ostatni przed Akademickimi Mistrzostwami Polski w Łodzi! Szczerze mówiąc nie jest to mój start docelowy w tym sezonie, ale to wcale nie znaczy, że nie zamierzam powalczyć :) Przede wszystkim o życiówkę! Ubiegłoroczną edycję wspominam, hmm... trochę z niedosytem, wymagałam od siebie zbyt wiele, dałam się ponieść i niestety czas mnie nie satysfakcjonował. Mam nadzieję, że tym razem, będąc bogatsza o doświadczenia, poprawię się. Fakt faktem, ciężko jest trenować do maratonu i do 6-kilometrowych przełajów, ale moją życiową dewizą jest "Dać z siebie wszystko", więc zobaczymy na ile mnie stać :)
Dzisiejszy trening o wiele różnił się od moich dotychczasowych, nie nabijałam kilometrów, lecz zrobiłam lekki rozruch, następnie 8 przebieżek i na koniec schłodzenie. Takie treningi utwierdzają mnie w przekonaniu, że moim przeznaczeniem są długie dystanse. Po dzisiejszym bieganiu czuję niedosyt, chcę jeszcze. Nie pozostaje nic innego jak skumulować tą siłę w sobie i dać jej upust już w sobotę. Jak zwykle proszę - trzymajcie kciuki :)
A do mojego najważniejszego startu w tym sezonie, najdłużej wyczekiwanego pozostało 10 dni!!!! Gdy tylko widzę na facebooku nowy wpis od OWM serce przyspiesza mi niemiłosiernie. Stresuję się ogromnie. A cel? Tak jak św. Mikołaj wyznaczał 3:30-3:45. Wszystko z tego przedziału będzie mnie cieszyło :)

4/02/2014

9. PZU Półmaraton Warszawski

Z racji, że podczas 9. PZU Półmaratonu Warszawskiego reprezentowałam brata, zapraszam do relacji, która znajduje się na jego blogu. :)

http://biegaczzpolnocy.blogspot.com/2014/04/9-pomaraton-warszawski-okiem-moniki.html