7/28/2013

Pracowity dzień bliźniaków

Minął trzeci tydzień za granicą, po 5 dniach pracy nadszedł weekend, co robić w sobotę? Bez zmian, trzeba iść do pracy. Tym razem nie do miejsca oddalonego 200m od domu, a po drugiej stronie granicy, w Oldenzaal, a więc 20km od Bad Bentheim. Już w tamtym tygodniu planowałam pobiec do pracy, jednak się nie udało. Szczerze mówiąc, wczoraj również niewiele zabrakło, miałam wstać o 5:00 i o 6:00 wybiec. Oczy otworzyłam o 5:40, jednak nie przekreśliło to moich planów. Na szczęście! Już wiem czemu Michał wybiera trening zamiast przejazdu samochodem. Śniadanie rekompensuje wszystko :) Jest wyśmienite! Ale od początku.

Gdy wstałam szybko spakowałam rzeczy niezbędne do pracy i byłam gotowa do drogi. Satelity zlokalizowałam o 6:14 i o tej porze rozpoczęłam swoje sobotnie wybieganie. Szczerze mówiąc trochę obawiałam się trasy, gdyż nie do końca wiedziałam, którędy biec, ostatni raz treningowo pokonywałam ją niemalże rok temu, a więc trochę jej obraz został zaburzony. Jednak do trudnych nie należy, do granicy trzeba trzymać się Rheiner i Hengeloer Straße, w Holandii Bentheimerstraat, a ponadto żadnych skrętów, praktycznie bieg w linii prostej. Profil również do wymagających nie należy. Akurat w stronę Holandii biegnie się ciągle niemalże z górki, odrobinkę większe podbiegi napotkałam w De Lutte. Od początku biegło mi się całkiem przyjemnie, nie wiedząc kiedy minęło 10km i 230m, a to oznaczało, że zmieniam kraj.
Biegnąc po drugiej stronie granicy śmiałam się do siebie, patrząc na oznaczenia trasy, całe szczęście nie miały dla mnie żadnego znaczenia, gdyż wiedziałam, ile kilometrów jeszcze  przede mną. Mogłoby to być demotywujące, gdy przede mną stał znak Oldenzaal 5km, a po drugiej stronie ulicy Oldenzaal 8km, po pokonaniu ok. 1 kilometra znowu znak Oldenzaal 5 km, a za kilkaset metrów Oldezaal 8 km. Oj, coś kolegom z Kraju Tulipanów nie wyszło w oznaczeniach, ale nie wnikajmy. Michał również biegł do rano biegł na śniadanie do C1000 i mimo że wybiegł 15 minut po mnie dogonił mnie! 3,5km przed końcem, akurat w momencie, gdy wspomniany wcześniej podbieg mnie pokonał i zamiast na niego wbiegać, postanowiłam trochę przejść. Co prawda nie był to długi spacer, gdyż jak zauważyłam sylwetkę brata uznałam, że trzeba biec i  trening skończyliśmy razem, a ostatnie kilometry nie inaczej należały do tych najszybszych - 4:50, 4:46, 4:45, za szybko jak na moje długie wybieganie, ale cóż zaspałam, więc nie mogłam zjeść takiego śniadania jakie bym chciała,
więc żołądek mnie poganiał. Ostatecznie wyszło 19km 600m w czasie 1:40:46, co daje średnie tempo 5:08/km.

A co się okazało po przyjściu do firmy? Nie miałam butów na zmianę i w ten oto sposób bliźniaki spędziły 7h w pracy. Dały radę, ale już nigdy więcej do tego nie dopuszczę :)


7/25/2013

1/3 pobytu za granicą minęła...

Dzisiejsza trasa.
... a jeszcze ponad miesiąc przede mną! Czas jakby nieco zwolnił, zaczyna brakować rodziny, przyjaciół, znajomych. Na całe szczęście jest tu Tata! :) A jaki jest najlepszy sposób na podarowanie sobie trochę szczęścia? Bieganie! :) Co prawda nieco ograniczone, gdyż zostało zredukowane z 5 do 4 dni w tygodniu, ale został zwiększony kilometraż. A za nieco ponad 3 tygodnie wdrożę 12 tygodniowy plan, dzięki któremu już w listopadzie podczas Biegu Niepodległości powinno mi się udać zrealizować pierwszy postawiony sobie cel.
Plan będę wykonywać dopiero od połowy sierpnia, a póki co po prostu sobie latam i tak dzisiaj mój Garmin ostatni sygnał wydał z siebie po przebiegnięciu 14 km. Treningi teraz zaliczam do tych spokojniejszych, bardziej zwiedzam okolicę niż skupiam się na przebieraniu nogami. Tak więc dzisiejszego poranka nie było inaczej. Pierwsze kilometry w tempie relaksacyjnym, miałam dużo czasu na przemyślenia, a do tego sama nie wiedziałam, którędy biec,więc jak tylko pojawiał się zakręt szybko przetwarzałam, co będzie jak wybiorę lewy zaułek, a co się stanie kiedy zdecyduję się skręcić w prawo. Szczerze mówiąc nic ciekawego nie wymyśliłam, po prostu wydłużyłam jedną ze stałych tras, zahaczając o drugą równie często uczęszczaną przeze mnie. Spokojnie mijały mi kolejne tysiączki,  jednakże na 11. km dałam się ponieść. Dlaczego? Gdy wybiegałam zza zakrętu oczom moim ukazała się biegaczka. W wyobraźni zmieniła się sceneria i droga, którą przemierzałam nie była już zwykłym chodnikiem, a trasą zawodów. Pomyślałam sobie, że są to ostatnie metry wyścigu i mogę jeszcze powalczyć o pozycję! Dałam radę, przegoniłam sympatyczną panią i już ciężko było mi zwolnić, z każdym kilometrem spokojnie, powoli stabilizowałam tempo. Ostatni kilometr w czasie 5:11, jak się okazało średnie tempo treningu było jedynie o 2 sekundy wolniejsze. I tak oto dzisiejszego poranka przebiegłam 14 km w czasie 1:13:06.

7/21/2013

... egal wie scheiße es war, Ich will mich nicht beklagen



Może nie płotki, lecz inne ćwiczenia ogólnorozwojowe staną się częścią moich treningów


Kolejny tydzień z dala od domu, kolejne treningi wykonane! Nie zawsze jest  łatwo, po całym dniu stania w pracy nogi zaczynają odmawiać posłuszeństwa, jednak staram się należycie je regenerować i 3 razy w tygodniu o 6 rano wyruszamy na niemieckie ścieżki. W weekendy bywa już nieco inaczej, np. wczoraj, z racji iż do pracy musiałam iść do Holandii, postanowiłam, że odpalę swoje bliźniaki i te 20 kilometrów, które dzieli mnie od Oldenzaal przebiegnę. I co z tego wyszło? Zamiast o 6:00 łapać satelity przed domem, smacznie spałam. Obudziłam się o 6:30 i już nie było mowy o podjęciu ryzyka, zdążę czy się spóźnię. Zamiast odpalić bliźniaki, tata odpalił silnik Nissana i tak oto znalazłam się w pracy. A dzisiaj? Wcale nie było lżej. Z racji, że odpuściłam bieganie maratonów, nie potrzebuję długich, niedzielnych wybiegań. Niedziela to jedyny wolny dzień w tygodniu także nie zrywałam się z rana z łóżka, obudziłam się ok. 9, wyjrzałam przez okno i... również nie było mowy o treningu.
Jedna z tygodniowych tras
Dzisiejszego dnia słupki rtęci w Bad Bentheim przekroczyły 30 kresek! Z treningiem odczekałam aż do godziny 19, ale i o tej porze wcale nie było lekko. Na zewnątrz ciągle panował zaduch, więc postanowiłam wybrać na początek ścieżki leśne i tak ponad 3 km spędziłam na łonie natury, aby pozostałe 9 km przebiec po niemieckich osiedlach. Piękne są widoki, jedyne co mi dokucza do płaska nawierzchnia. Brakuje mi podbiegów, które towarzyszyły mi w Gdańsku. Jedynym pocieszeniem jest szczyt, na którym znajduje się zamek. Wspinam się na niego niemalże na każdym treningu, aby chociaż trochę wzmocnić nogi. Jeszcze kilka tygodni tu spędzę i obiecałam sobie, że nie zniszczę tego na co pracowałam cały rok, tzn. nie popełnię błędu minionych wakacji, kiedy to totalnie odpuściłam na ponad miesiąc bieganie. Jakie były tego skutki? Półmaraton w czasie 1:55, maraton 4:43. Nad odbudowaniem formy pracowałam później całą zimę, a ja już na jesień chcę bić kolejne
Gorąco, co na siebie nakładać? Im mniej, tym lżej!
życiówki! Co prawda nie na długich dystansach, znam smak maratonu i obiecuję, że jeśli za kilka lat ciągle będę biegać to złamię 3:30! :) Ale to za kilka lat. Teraz przede wszystkim 10 km, mam swoje cele, które planuję realizować na przestrzeni kilku lat, a pierwszy etap zaplanowałam na najbliższy sezon. "Systematyczność przede wszystkim" - moje nowe motto i mimo że bywa ciężko oderwać się od łóżka to wygrywam z tym nadzwyczajnym przyciąganiem i realizuje treningi :)

7/12/2013

Bentheimer Burg zdobyty!

W końcu się udało wstać rano i pójść podbiegać,  ostatnie dwa dni z rzędu nie udało mi się
wystarczająco wcześnie podnieść powiek. Jednak do 3 razy sztuka i dziś o 5 rano już przygotowywałam sobie energetyczne śniadanie.
Nie minęła godzina, a ja stałam przed domem i lokalizowałam satelity. Trasy nie planowałam, standardowo do przebiegnięcia ok. 10-12 km. Chciałam tylko zobaczyć węża, o którym Michał ostatnio wspominał, więc gdy Garmin ogłosił swą gotowość wyruszyliśmy, kierując się w stronę "martwego gada". Pierwszy kilometr w tempie 5:09 min/km, bez szaleństw, ale przez ostatni brak systematyczności niewiele więcej potrafię z siebie wydusić. Gdy dobiegłam w miejsce, gdzie owe zwierzę powinno się znajdować serce nieco przyspieszyło, ale jak się po chwili okazało - zupełnie niepotrzebnie, zwłoki zostały usunięte. Nie pozostało mi nic innego jak lecieć dalej, dokąd? Sama nie wiedziałam, uznałam, że wyruszę w stronę Gildehaus, czyli miejscowości oddalonej o ok. 5 km, tak też zrobiłam, ale po 3km postanowiłam trochę pozwiedzać, trening stał się tak przyjemny, że nie chciałam myśleć o jego zakończeniu. Nie kontrolowałam tempa, pozwoliłam
nogom mnie nieść, gdzie tylko chcą. W międzyczasie chciałam się skupić nieco na technice biegu, a w tym wszystkim pomagało mi słońce, które świecąc mi w plecy rzucało cień przede mnie. Dzięki temu mogłam przyjrzeć się pracy rąk i skorygować błędy. Nim się zorientowałam już w nogach miałam 7 km, a przede mną ogromna góra na której szczycie znajduje się piękny zamek. Po ostatnim górskim biegu postanowiłam podjąć to wyzwanie i zdobyć bentheimer Burg. Udało się! 8 km w nogach i zamek jest mój! Ale trzeba było już kierować się w stronę domu, czas uciekał. Ale zanim nogi poniosły mnie na miejsce startu,
obiegłam śliczny miejscowy park, spotykając po drodze zajączki, kaczuszki i inne piękne zwierzaczki. Po 52 minutach i 36 sekundach otwierałam już drzwi wejściowe, mając przebiegnięte 10350m w średnim tempie 5:05 min/km. Po porannym treningu dzień staje się o wiele piękniejszy, także miłego dnia wszystkim! :)

7/09/2013

II Ćwierćmaraton Szwajcarii Kaszubskiej

Tak jak wspomniałam na niedzielę miałam zaplanowany ostatni bieg w kraju - II Ćwierćmaraton Szwajcarii Kaszubskiej. Nie ukrywając, od początku chciałam powalczyć o puchar! Marzyłam o nim od dawna i w końcu się udało!

W Przodkowie zjawiliśmy przed godziną 12, a więc było wystarczająco dużo czasu na odebranie pakietu i rozgrzewkę. Michał biegał tą trasą i zdarzyło mu się wspomnieć o podbiegach, ale to co zobaczyłam w czasie zawodów przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
Początek zaczęliśmy od zbiegu, aby później móc wspinać się na szczyty. Zaczęłam mocno, jak na mnie za mocno 4:17 min/km to nie jest tempo, które utrzymam przez 11,5 km. Poniósł mnie tłum, ale odrobiona zdrowego rozsądku i powoli zwalniałam. Chociaż może to nie rozsądek, a te wyżyny, z którymi przyszło mi walczyć na trasie? Pewnie i jedno i drugie. Jeszcze po tak górzystej trasie nie było dane mi biegać, może powinien się nazywać Górski Ćwierćmaraton? Odcinków, kiedy nogi mogły odpocząć było jak na lekarstwo. Byłam okropnie zmęczona, a do tego żar z nieba. Słońce grzało bardzo, a ja bez czapki, co najmądrzejsze nie było. Czułam, że mięśnie łydek zaraz mi wyskoczą, jednak skądś czerpałam te siły i walczyłam o jak najlepszą pozycję. Każda kolejna kobieta była moim celem. Jednak do czasu, na ok. 8. km kiedy
zbiegałam i widziałam jaki podbieg mnie czeka zaczęłam wątpić, lewa półkula manipulowała mną jak chciała, a ja nie byłam w stanie się bronić. W głowie rodziła się myśl, że może to jest ten bieg, kiedy zdecyduje się na zejście z trasy. Nie poddałam się! Mimo, że już kiedy Garmin wskazywał 11. km, czyli tak niewiele do końca, moje nogi zaczęły przechodzić do marszu. Wtedy przebiegł koło mnie pewien Pan, który klepnął mnie w plecy i powiedział, żeby się nie poddawać i trzeba walczyć do końca. Coś niesamowitego, co dało mi ogromną moc, pojawił się nawet uśmiech widoczny na zdjęciu i chęć ścigania się z owym biegaczem. Tuż przed metą zaatakowałam i mimo walki ze strony rywala udało mi się o ułamki sekundy postawić stopę z chipem szybciej na mecie. Oczekiwanie na wyniki było długą przeprawą, wywieszanie kartek
skończyło się na akurat kilka pozycji przede mną. Na liście było tylko tyle, że w K 16-29 pierwsza pozycja jest zajęta, niewiadomo co z pozostałymi. Pewności nie miałam, gdyż w końcówce każdy wyprzedzał mnie jak chciał. Wątpliwości rozwiał jeden z organizatorów, który na swojej liście miał podane, iż zajęłam drugą pozycję w swojej kategorii. Ucieszyłam się bardzo! Nie było na co czekać, "trzeba" było iść na dekorację. A tu ZONK! Kiedy przystąpiono do wyczytywania kategorii ja już wręcz się rwałam, aby w końcu tam pójść, organizatorzy wyczytali 3 miejsce i kiedy już padły słowa "2 w kategorii k 16-29 jest..." ja wręcz już się podnosiłam, a tu słyszę "... Laura" Poczułam ogromny zawód, czyli jednak nie dziś. Mina mi zrzedła.... ale tylko na kilka sekund! Bo po chwili do moich uszu do darły słowa "Najlepsza była Monika Sawicz z Lidzbarka Warmińskiego" O taaaaaaaaak! W końcu dostałam puchar! Mój pierwszy,oby nie ostatni!

A po zawodach nadszedł czas na wyjazd 8 bądź 9 tygodni treningów po płaskich niemiecko-holenderskich szlakach. Już dziś był pierwszy, co prawda skrócony, gdyż o mały włos nie zaspałam, więc aby się nie spóźnić do pracy musiałam zrezygnować z jednego kilometra. Ale o swoich zagranicznych treningach napiszę już wkrótce.

Lidzbarskie bieganie

Ostatnio bardzo zaniedbałam mojego bloga, wyszło tak z brakiem dostępu do mojego komputera, jednak już wszystko mam i nadrabiam zaległości!

Zacznijmy więc od początku, skończyła się sesja, więc czas powrócić do Lidzbarka. Co prawda nie
na długo, lecz tydzień w rodzinnym mieście spędzam i tak od święta. Skoro już z Gdańska przeprowadziłam się na Warmię to i treningi też tutaj być musiały. Pogoda upalna, lecz po 10 km biegania po obrzeżach miasta nie było nic lepszego jak zanurzenie, chociaż nóg w naszym pobliskim jeziorze.
W sobotę nic innego jak zajęcia BBL, będąc w domu nigdy ich nie odpuszczam. Bywa ciężko ze wstawanie, bo akurat to łóżko przyciąga jak żadne inne, a kołdra wyjątkowo ogrzewa i otula, mimo wszystko chęć spotkania z lidzbarskimi biegaczami jest silniejsza, jednak w minioną sobotę było ich jak na lekarstwo. Czyżby Lidzbarczanie już wyjechali na urlop? :) Ja byłam i dobrze się bawiłam, mimo że już na początku padło hasło "płotki", czyli coś czego szczerze nie znoszę. Nie umiem, boje się, nie wiem, po prostu nie lubię i już. Ćwiczenia nie były skomplikowane i do wykonania chyba dla każdego, ale jakie by nie były, ja do płotków się nie przekonam. Poza tym było oczywiście bieganie, w końcu to zajęcia BIEGAM, bo lubię.
I tak na dwóch treningach wokół Lidzbarka i jednym na stadionie minął mój czas w rodzinnym mieście, w niedziele z samego rana musiałam wyjechać, aby o 12:30 stanąć na starcie II Ćwierćmataonu Szwajcarii Kaszubskiej w Przodkowie, ale o tym wydarzeniu już w następnym poście!

6/25/2013

Wspólne skakanie przez kałuże

"Ciągle pada! Asfalt ulic jest dziś śliski jak brzuch ryby,
Mokre niebo się opuszcza coraz niżej,
żeby przejrzeć się w marszczonej deszczem wodzie. A ja?
A ja chodzę desperacko i na przekór wszystkim moknę,
Patrzę w niebo, chwytam w usta deszczu krople,
patrzą na mnie rozpłaszczone twarze w oknie, to nic."

Wszystko się zgadza, tylko ja nie chodzę, ja biegam! Na dzisiejszy trening umówiłam się z Klaudią. Nie planowałyśmy trasy, nawet dokładnie nie wiedziałyśmy ile pokonamy kilometrów. Miejsce spotkania to Brama Wyżynna, także nie chcąc marnować czasu na dojazd postanowiłam, że pokonam ten dystans w moich ścigaczach. Na miejscu byłam o 9:26, więc 4 minuty przed czasem. Klaudia okazała się być równie punktualna i po chwili wyruszyłyśmy w trasę. Kierowałyśmy się w stronę Brzeźna, jednak zagadałyśmy się i w okolicach Miszewskiego zorientowałyśmy się, że minęłyśmy skręt, a więc zawrotka i lecimy dalej. Nasze plany, co do Brzeźna się nieco zmieniły i postanowiłyśmy pobłądzić trochę po Gdańsku. Nawet gdybym bardzo chciała opisać każdy kilometr
to nie jestem w stanie. Już dawno tak dobrze nie biegło mi się z drugą osobą, kilometry mijały w zawrotnym tempie. W końcu uznałyśmy, że Klaudia poprowadzi i pobiegniemy na jej szlaki w okolicach Starego Miasta. Powiem szczerze, że piękne miejsce. Park, ścieżka i Motława nic tylko biegać. Kiedy mój Garmin wskazał niemalże 15 km, a deszcz zaczął niesamowicie padać, postanowiłyśmy chwilę się porozciągać i rozejść się w swoje strony. Poszłyśmy na tramwaj i nim miałam dotrzeć do domu. No właśnie .. miałam, bo wyszło zupełnie inaczej. Spojrzałam na rozkład i okazało się, że miałabym czekać ok. 6 minut i następne 6 jechać na Bramę Wyżynną, aby tam przesiąść się w swój tramwaj. Uznałam, że to bez sensu i skoro już
jestem tak bardzo przemoczona to nic się nie stanie jak zmoknę trochę bardziej. Początkowo myślałam, że pobiegnę tylko do przystanku autobusowego i tam złapię coś, gdyż podbieg na Chełm był mało ciekawą perspektywą. Jednak gdy już pojawiłam się w okolicach Zaroślaka ciągle rześka w ogóle nie chciało mi się kończyć treningu. Do domu pozostało mi trochę ponad 2 km, więc już nawet nie opłacało się czekać autobus. I tak oto po 1:41:54 pojawiłam się w domu mając w nogach 19,41 km, średnie tempo 5:15. Trening uważam za niesamowicie komfortowy i przyjemny za co dziękuję Klaudii :) A na zewnątrz ciągle pada... i to jak!

Deszcz nie pozostawił na mnie ani suchej nitki

6/24/2013

Tak blisko, a tak daleko

Oj, trudno jest mi się rozstać z biegaczami, dlatego jeszcze wystartowałam w imprezie Biegowe Grand Prix Dzielnic Gdańska, akurat wczoraj organizatorem był Wrzeszcz Górny.
 Do wzięcia udziału namówił mnie nikt inny jak mój brat, który startował już w poprzednich edycjach na Zaspie i Wrzeszczu Dolnym. Miała być fajna atmosfera i rzeczywiście była.
Do przebiegnięcia jedynie 5 km,czyli wyzwanie niewielkie. Jednak totalnie nie rozważałam tego biegu w kategoriach wyścigu, tak po prostu chciałam się przebiec 5 km w gronie innych biegaczy, tym bardziej że po ostatniej Gdyni nogi jeszcze nie doszły do siebie i co jakiś czas protestują, gdy nadmiernie je wykorzystuję. Z racji, że niewielki to dystans i zdecydowanie za mało jak na niedzielne bieganie, postanowiłam, że pobiegnę do Teatru Leśnego, miejsca gdzie było biuro zawodów. Dodatkowe 6 km w ramach roztruchtania. Powiem szczerze, że już na początku pojawiły się problemy, kolana ciągle bolały i wcale nie chciały biec, aczkolwiek z każdym kolejnym kilometrem ból ustępował i tak po niespełna 32 minutach dotarłam  do celu. A tam tłum biegaczy i zamknięta ul. Jaśkowa Dolina, jak się dowiedzieliśmy od organizatorów w powojennym Gdańsku jeszcze do tej pory to się nie zdarzyło. Na miejscu był już Michał, który również przybiegł na miejsce startu, jednak on do pokonania miał 3 razy więcej ode mnie. Z racji, że mieliśmy jeszcze trochę czasu, usiedliśmy i zastanawialiśmy się nad biegiem. Michał nie chciał się ścigać, nie dzisiaj. Uznaliśmy, że pobiegniemy razem, ale ja również nie chciałam szaleć, nie był to dzień na poprawianie życiówek, więc wyznaczyliśmy średnie tempo w granicach 4:40 min/km. Gdy nastał czas ustawiliśmy się wśród innych biegaczy, tym razem bardziej na końcu stawki. Wspólne odliczanie i START! Ruszyliśmy, pierwszy odcinek trasy podbieg, dobiegamy do miejsca nawrotu i zaczyna się ok. 1km zbieg. Pierwszy tysiączek w czasie 4:27, czyli za szybko. Próbuję zwolnić, ale zbieg skutecznie mi to uniemożliwia i wręcz wychodzą mi oczy z orbit, gdy Garmin wydaje dźwięk i na wyświetlaczu pokazuje się tempo ostatniego kilometra 4:18. Nie chcę tak szybko, trzeba zwolnić. Jakoś tak się złożyło, że międzyczasie Michał mi uciekł i 3 odcinek trasy pokonuje mniej więcej już w planowanym tempie - 4:42. Jest ok, aczkolwiek na trasie pojawiają się pewne trudności. I to wcale nie wynikające z profilu czy też ze zmęczenia, skądże! Problemem są niestety współzawodnicy, czasami ich zmęczenie udziela się bardziej innym niż im samym. Gdy już myślę, że udało mi się uciec kolejny raz słyszę to, co mnie wybija z rytmu, czyli ogromne sapanie. Tempo znowu spada, tym razem do 4:49, jeszcze w granicach dopuszczalnego, ale ja wiem, że mam siły, a mimo wszystko nie mogę przyśpieszyć. Na ostatnim kilometrze uznaję, że wolę zwolnić i biec komfortowo niż tego słuchać. Zwalniam niemalże do 5:00 i na metę wbiegam po 22 minutach i 27 sekundach. Czuję wielkie zmęczenie ze względu na leśny podbieg, który stanowił ostatni odcinek trasy, jednak kilka głębszych oddechów, łyk wody i wszystko wraca do normy! Okazuję się, że zajmuję 4 pozycję wśród kobiet, gdy wszystkich startujących pań było 34, a więc przyzwoity wynik. Może we wrześniu uda mi się podjąć walkę o podium? Kto wie :) Trzeba trenować!

6/22/2013

Nocne zakończenie sezonu startowego

Sezon zakończony! Minionej nocy przekroczyłam linię mety ostatni raz. A wszystko działo się w Gdyni podczas Nocnego Biegu Świętojańskiego.

Powiem szczerze, że dzień wczorajszy był niezwykle skomplikowany pod względem odżywiania się. Do końca nie wiedziałam, co jeść, aby sobie nie zaszkodzić. Normalnie przed zawodami sprawa jest prosta, rano kawka i owsianka, a przed startem białe pieczywo z dżemem truskawkowym i masłem orzechowym. Jednak wczoraj trzeba było przetrwać cały dzień, gdyż wystrzał armatni zaplanowany był dopiero na 23:59. Tak więc tego dnia jadłam i makarony i truskawki, a przede wszystkim piłam dużo, dużo wody. Gdy w końcu nastał wieczór ruszyliśmy do Gdyni! Tego dnia miałam liczny team, który wierzył we mnie jak nikt na świecie! Za co wszystkim serdecznie dziękuję! W bransoletce będę robić wszystkie wieczorne treningi! Pierwszy raz miałam ze sobą tak liczną ekipę, więc od razu było wiadomo, że będzie dobrze.




Po odbiorze pakietu nadszedł czas na rozgrzewkę. Cały dzień był upał, słupek rtęci przekraczał 30 kresek, a wieczorem sądziłam, że już jest w porządku. Jednak myliłam się i to bardzo, zaduch był ogromny. W czasie truchtania z mego czoła już leciały krople potu. Wiedziałam, że lekko nie będzie, jednak ani trochę mnie to nie zniechęciło. To ostatni start w sezonie i tej nocy bardzo chciałam złamać 45 minut. Rozgrzałam mięśnie, truchtając, robiąc kilka ćwiczeń i przebieżek, a gdy nastał czas udałam się do swojej strefy. Jeszcze chwilę postaliśmy, umówiliśmy miejsce spotkania po biegu i chwilę później nastał ten moment! Punktualnie o 23:59 armata wystrzeliła, dając sygnał do startu i budząc pozostałych mieszkańców Gdyni. Zanim maty pomiarowe sczytały mojego chipa minęła minuta, tak więc swój wyścig zaczęłam o godzinie 0:00.

Początek w niesamowitym ścisku. Próbuję wyprzedzać chodnikiem, jednak zmrok i nierówności występujące na podłożu szybko mnie odciągają od tego pomysłu. Tak więc, gdy Garmin dał sygnał, że pierwszy minął pierwszy kilometr i że zajęło mi to 4 minuty i 50 sekund poczułam jak moje marzenie o złamaniu 45 minut oddala się. No cóż, trudno, nie ma co się poddawać tylko trzeba lecieć dalej. Następny tysiączek już nieco luźniejszy i udaje się go pokonać o 22 sekundy szybciej. Udaje się znaleźć miejsce do wyprzedzania, jednak tłum jest ciągle wielki, a to potęguje tylko zaduch, panujący na trasie. Jest mi już niesamowicie gorąco i czuję lekkie zmęczenie, a ponadto agrafki... Nie wiem, co dokładnie było z nimi nie tak, ale zanim wystartowaliśmy już zgubiłam jedną, a w czasie biegu kolejna się odpięła, wbijając mi się w dłoń. Domniemam, że nie tylko ja miałam ten problem, gdyż biegnąc widziałam kilka numerów na ulicy. Problem z agrafką zajął mi trochę myśli i nim się zorientowałam usłyszałam kolejny sygnał z GPS'a, informujący, że 3. km pokonałam w tempie 4:34 min/km. Tę trasę znałam, gdyż w maju podczas Biegu Europejskiego prowadziła tymi samymi ulicami, więc wiedziałam, czego się spodziewać,
aczkolwiek o zmroku wszystko wygląda nieco inaczej. Kilometry mijają w zawrotnym tempie, ale może to dlatego, że ONI czekają na mecie? Gdy już półmetek za nami wiem, że nie podołam i nie przekroczę linii mety w czasie 44:59 to jak teraz biec? Poprzednie zawody w tej miejscowości skończyłam w 47 minut i 29 sekund, więc może by go poprawić? Chyba nic nie stoi na przeszkodzie. Przede mną długi podbieg ulicą Świętojańską, jednak nie stanowi to żadnego problemu. Śmiało wbiegam,ignorując punkt nawadniający, mimo że jest mi nieziemsko duszno nie chcę stracić cennych sekund, wiem, że wytrzymam, a na mecie czeka na mnie specjalny izotonik! Z tą myślą przebiegam kolejne kilometry, aż nagle okazuje się, że do mety zostało tylko 1000m, wtedy zaczynam czuć pewny niedosyt. Jak to? Już koniec? Przebijam się przez tłum biegaczy, a za cel ustanawiam sobie pewne różowe leginsy, doganiam je, a ich właścicielka nie podejmuje rywalizacji, więc szukam kolejnego celu, jest kolejna pani, która również nie chce się ze mną ścigać. I w ten oto sposób przekraczam linię mety w czasie 46:13! Marzenie zostało odłożone do przyszłego sezonu, a ja celebruję Noc Kupały z bliskimi! :)

A jak mogę podsumować Nocny Bieg Świętojański? Organizacyjnie niczym nie odbiega od innych imprez z cyklu GPX, poza tym że otrzymaliśmy pamiątkową koszulkę. Tutaj chodziło o to, że przemierzamy ulice miasta nocą. Nigdy nie robiłam treningu o takiej porze, więc było to ciekawe doświadczenie, aczkolwiek utrzymałam się w przekonaniu, że lepiej jest biegać rano. Ze względu na zmrok było trochę niebezpiecznie, duża ilość biegaczy i nierówności podłoża mogły doprowadzić do kontuzji. Do tego zaduch ogromny, który doskwierał chyba większości z nas. Mijając towarzyszy biegu, ocieraliśmy się mokrymi rękami, ze mnie dosłownie kapało. A mimo wszystko było rewelacyjnie! :) Bieganie to jest to, co nakręca i dostarcza mnóstwo szczęścia.

Do biegu było zgłoszonych blisko 5000 osób, ostatecznie linię mety przekroczyło 4363 zawodników. Ja ze swoim czasem uplasowałam się na 939 pozycji, będąc 60 kobietą na 1191 pań.

6/17/2013

IX Lidzbarski Bieg Uliczny = kolejne podium

Chciałam zacząć tego posta słowami "mój sen się ziścił", jednakże zdecydowanie tak się nie stało! A dlaczego? Gdyż noc przed IX Lidzbarskim Biegiem Ulicznym miałam okropny koszmar związany z tymi zawodami...

Ale od początku. Dosyć długo nic nie pisałam, jednak każdy student mnie zrozumie. Czerwiec to w końcu czas sesji, więc i u mnie nie inaczej, króluje nauka. Jednakże trenuję, a treningi przekładają się na wyniki! I o tym chcę dzisiaj napisać, a konkretnie o biegu w moim rodzinnym mieście, Lidzbarku Warmińskim.

Do domu przyjechałam późnym wieczorem w piątek, tak więc następnego dnia po przebudzeniu wskoczyłam w bliźniaki i udałam się na lidzbarski stadion na zajęcia Biegam Bo Lubię. Wyszłam z domu przed 9, więc postanowiłam jeszcze potruchtać w stronę Wielochowa, czułam, że jest dobrze, tempo poniżej 5 min/km nie stanowiło problemu. Na stadionie kilka okrążeń po tartanie i sporo ćwiczeń rozciągających do tego trochę przebieżek na pobudzenie. Bez szaleństw, głupio by było złapać kontuzję dzień przed zawodami.Po takim orzeźwiającym poranku skierowałam się w stronę domu, aby spędzić ten dzień z mamą... i bratem, któremu Patrycja zrobiła niespodziankę i zabrała do Lidzbarka na zawody. Były lody! W końcu Michał świętował, gdyż tego dnia wywalczył 1 miejsce w kategorii M-20 na zawodach w Szemudzie. :)
Ja ciągle byłam naładowana emocjami, wieczorem w mojej głowie była tylko jedna myśl "IX Lidzbarski Bieg Uliczny". Zastanawiałam się jak pobiec, aby stanąć na podium w swojej kategorii, przeglądałam listę startową i niestety znałam tylko 3 rywalki, nie wiedziałam na co będzie stać pozostałe kobiety, więc niekoniecznie wierzyłam, że uda mi się stanąć na pudle! Zrobiło się późno, więc trzeba było już się kłaść, lecz ta noc nie przyniosła mi ukojenia. Śnił mi się bieg... Jednakże był to koszmar, zawody zostały przerwane, zawodnik zasłabł... Oj, poranek przez to był jeszcze bardziej stresujący. Jednak biec trzeba!
W okolicach Placu Młyńskiego, czyli biura zawodów, zjawiliśmy się chwilę po godzinie 9. Nasz bieg zaplanowany był na 11:20, jednakże wcześniej odbywały się biegi dzieci i młodzieży, więc klimat zawodów już unosił się nad miastem. Z racji, że mieliśmy jeszcze sporo czasu, udaliśmy się do babci i dziadka, którzy mieszkają w okolicach startu. Mimo wszystko długo nie dałam rady wysiedzieć, nogi już mnie ciągnęły do biegaczy. Wyszłam przed wszystkimi i akurat trafiłam na dekorację roczników 2002-2000, a na podium stała moja siostra cioteczna, Zuzanna Rawińska, wielkie gratulacje Zuzia!

Czas płynął, a do wystrzału startera pozostawało coraz mniej czasu. Nasza Mama przyszła nas
dopingować! Jak ma się taką kibickę to można biegać! Ale najpierw rozgrzewka, trochę roztruchtania, kilka ćwiczeń i byłam gotowa. W drodze na start obserwowałam swoje rywalki, powiem szczerze, wystraszyłam się. Chciałam walczyć, ale nie wiedziałam jak to się skończy, dziewczyny wyglądały naprawdę profesjonalnie. Gdy zobaczyłam panią w boostach, stwierdziłam, że moje bliźniaki będą miały się z kim ścigać! :) Nie mogłam się poddawać, ponieważ Patrycja powiedziała, że zdjęcia będzie robiła tylko pierwszej kobiecie! Wyzwanie było :P

W końcu nadszedł ten czas, gdy już ostatnia grupa młodzieży skończyła rywalizację na dystansie ok. 3 km. Prowadzący całą imprezę poprosił uczestników o zgromadzenie się na linii startu, kiedy jeszcze trwała dekoracja zwycięzców poprzedniego biegu. To był najlepszy moment na szybki research! Rozglądając się uznałam, że było to zbędne, gdyż tylko potęguję swój stres. Pobiegłam jeszcze szybko do mamy, przy niej czułam się spokojniej.
Lecz trzeba było zajmować miejsce, gdyż to już! To ten moment! Ostatnie sekundy i chyba padło hasło "Start", szczerze mówią nie pamiętam.  W każdym razie grupa ok. 100 biegaczy ruszyła ubijać lidzbarskie ulice. Wśród nich i ja, biegająca od 1,5 roku, reprezentująca drużynę AKB Lidzbark Warmiński, Monika Sawicz!
Pierwsze metry niesie mnie tłum, dołącza do mnie pan Marek, mieliśmy biec razem, jednak po ok. 300 m biegniemy już osobno. Zaczynamy najtrudniejszy moment trasy, podbieg przy PKO, jako że był to dopiero początek wyścigu nie stanowił on żadnego problemu. Dopiero przy drugiej pętli da o sobie znać. Póki co lecimy ulicą Wiślaną i kierujemy się na kolejny podbieg, który wprowadzi nas przez ulicę Warszawską na ulicę Astronomów. Nieśmiało spoglądam przed siebie i wypatruję kobiety, która będzie moim celem. Wytężam wzrok, jednak dostrzegam same męskie sylwetki. Trochę się zniechęcam, bo myślę, że musiała mi już daleko uciec, no nic to zostało mi uciekać od rywalek. Jednak biegnąc ulicą Warszawską słyszę od kibiców, że w końcu jest kobieta! Chwila zwątpienia, czy jestem pierwsza? A może między mną a tą pierwszą jest aż taka duża różnica? Jeszcze nie mam pewności, rozwiały je dopiero panie stojące na zakręcie przy ulicy Polnej, które na mój widok krzyczą, że jest pierwsza kobieta!
Uśmiecham się i czuję dodatkowy przypływ sił, ale bez szaleństw, dopiero 3 km za mną, jeszcze dużo na mnie czeka. Zawracamy na Polnej i z powrotem lecimy do centrum, tym razem ciągle z górki. Przy punkcie odżywczym stoi moja Mama! Na chwilę nie kontroluję tempa,
Mama potwierdza informacje od wcześniejszych pań i mówi, że jestem pierwsza! Chwilę później słyszę niesamowity doping od tłumu kibiców, który zgromadził się przy Placu Młyńskim, a więc w miejscu naszego startu i mety.
Nogi niosą mnie same, jednak za chwilę pojawia się podbieg z początku wyściu i dopada mnie ogromny kryzys! Mój organizm chce zwrócić wszystko, co mam w żołądku, zaczyna mną rzucać, nie mam siły uśmiechnąć się do pani, która po drodze mnie dopinguje i bije brawo. Wtaczam się na podbieg, a w głowie tylko jedna myśl "Odpuść, skończ, czasem tak trzeba". Jednak myślę sobie, że za ok. 400 m stoi moja mama, więc tylko do niej się doczłapię, bo tutaj nawet nie ma kto mi pomóc. Gdy już pokonuję podbieg słyszę znajomy głos, to moja Babcia, wspierająca mnie na trasie. Zmusiłam się na delikatny uśmiech, jednak na nic więcej nie było mnie stać. Na równym podłożu przy ul.Hożej zaczynam odzyskiwać siły, chyba jednak ukończę, nie odpuszczę! Znowu mijam mamę i tym razem chcę od niej tylko czapkę, gdyż czułam, że słońce grzeje mi głowę niemiłosiernie. Gdy mam już okrycie głowy lecę dalej!
Mimo iż przede mną kolejny podbieg to zaczynam czuć w pełni powracającą moc, co prawda oddech jeszcze ciężki, jednak to moje nogi mają pracować, a im idzie już całkiem dobrze. Obiegamy jeszcze raz ulicę Astronomów przy mojej dawnej szkole, zaczynam wspominać i w ten sposób wyłączam lewą, zrzędliwą półkulę! Zajmując myśli wszystkim poza biegiem, słyszę dźwięk mojego Garmina, który informuje mnie że minął już 7.km, wtedy na zakręcie dyskretnie spoglądam za siebie i nie widzę żadnej pani. Cieszy mnie to niesamowicie i postanawiam, że skoro prowadzę przez ponad 7 km to już tak łatwo tej pozycji nie oddam! Wybiegamy z Warszawskiej i już zostają mi tylko 2 zbiegi do mety! Na trasie słyszę wielkie wsparcie od kibiców. Dziękuję bardzo każdemu, gdyż jest to niesamowita pomoc w kryzysowych momentach. Kiedy według Gamina do mety mam tylko niecałe 2 km, uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Mijam 2 sympatyczne panie, mające do pokonania jeszcze ok. 4,5 km, z którymi miałam okazję porozmawiać zanim zawody się zaczęły. Wiem, że jest ich to pierwszy bieg na 10 km, więc każdej krzyczę kilka miłych słów! Mnie to pomaga, więc mam nadzieję, że paniom również nie zaszkodziłam. Pokonuję kolejne metry, chłopakom przy punkcie odżywczym już tylko kiwam przecząco głową na widok wyciągniętej dłoni z kubeczkiem napełnionym wodą. Zeskakuję z chodnika na ostatni zbieg i wynurzając się zza zakrętu słyszę okrzyki "Monika, Monika".
Tak mnie to cieszy, że wydłużam krok i śmiało kieruję się na metę! A tam już czeka mama, dziadek, Michał i Pati. A ja? Ja jestem pierwsza! Przekroczyłam metę w czasie 45:20! Tyle wystarczyło, aby być pierwszą! Drugi raz w swoim życiu zwyciężam! Nie ma piękniejszego uczucia, tym bardziej że to wszystko dzieje się w Lidzbarku Warmińskim! Czekamy aż wszyscy uczestnicy ukończą bieg i następuje dekoracja najlepszych! Ja wskakuję aż 3 razy na najwyższy stopień podium! W jakich kategoriach? Oczywiście w Open Kobiet, ponadto K 20-30, a także zostałam najlepszą lidzbarczanką! Najlepszym lidzbarczaninem został pan Marcin Powideł, tak więc AKB Lidzbark Warmiński na szczycie!

Wszystkie moje treningi przełożyły się na wyniki! Dla takiego uczucia warto trenować, czasem wręcz się zmusić. W tym sezonie przede mną jeszcze tylko jeden start, w najbliższy piątek Nocny Bieg Świętojański w Gdyni. Później czas na przygotowywanie się do sezonu jesiennego, chcę skupić się na biegu na 10km i pod nowe życiówki będę trenować! :)