Zauważyłam wzrost wyświetleń bloga, więc domniemać mogę, iż więcej osób czyta moje biegowe perypetie. ;) Super, motywuje mnie to do pisania!
Z dniem jutrzejszym zakończę 6. tydzień przygotowań do Biegu Niepodległość, a jeszcze drugie tyle przede mną, a póki co....
Ostatnie treningowe dni sprawiają mi wiele radości! Nie, żeby wcześniej było źle, ale teraz jest wręcz rewelacyjnie! Na czwartek miałam zaplanowane 15 km w tempie 5:50 z 4 szybkimi setkami. Od samego początku biegło się niesamowicie lekko, wolne biegi pozwalają mi nieco bardziej skupić się na sylwetce i korygowaniu błędów. Totalnie zapomniałam o tempie, leciałam przed siebie, prostując się co i rusz, aż tu nagle po pierwszym kilometrze okazuje się, że biegnę o 42 sekundy za szybko. Próbuję zwolnić, ale zwalnianie do planowanego tempa męczy mnie nieziemsko. Nie chcąc psuć sobie treningu postanawiam dać nogom "wolną rękę" i pozwolić się nieść. ;) Trasa dopasowana do zaleceń na spokojne biegi, czyli sporo górek i pagórków. Okrążając Jezioro Wielochowskie mam sporo czasu na przemyślenia, w przyszły weekend w Lidzbarku jest
II Lidzbarski Bieg Przełajowy, jednak plan mówi jasno, nie 5.10 mam się sprawdzić, a tydzień później. Więc nie ma mowy, nie wystartuję. I tego dnia naprawdę żałuję, w końcu nigdzie nie biega się tak dobrze jak w rodzinnym mieście, jednak sobotni trening trochę zmieni moje podejście do tych zawodów, ale po kolei. Rundka wokół jeziora to jednak za mało kilometrów, muszę więc kilka dołożyć i do domu wracam przez Astronomów, czyli chcąc skończyć pod domem muszę jeszcze przebiec przez miasto. Ostatecznie pod furtką mam w nogach 14km 877m, a czas potrzebny na pokonanie tego dystansu to 1:19:13, więc średnie tempo wyniosło 5:19. Po treningu trzeba jeszcze trochę rozciągnąć rozgrzane mięśnie i czekać na sobotę, aby znów pobiegać. :)
I tak po wolnym piątku, czas na treningową sobotę. Co jest priorytetem dzisiejszego latania? 3x8minut po 4:30. Wychodzę z domu o 8:30, wcześniej wyliczyłam, że trening zajmie mi około 62min, więc powinnam zdążyć na lidzbarski stadion na zajęcia Biegam Bo Lubię. Po rozgrzaniu mięśni przystępuję do działania, ścieżka rowerowa staje się moją bieżnią. Z każdym kolejnym odcinkiem czuję się coraz pewniej, a przerwy które je dzielą wydają mi się okropnie długie, ale zdaje się, że ten odpoczynek jest w takich treningach kluczowy, więc w żaden sposób go nie skracam, robię jak każą. Po wykonaniu swojej roboty, pędzę na stadion, a tam? Pustka! Przynajmniej na początku tak mi się wydawało, jednak bardzo się nie mylę. Na stadionie wraz ze mną zameldowało się dzisiaj 6 biegaczy. Dołączam do już truchtającej grupy, padło hasło, aby przebiec jedną pętle (czyli 5km) z przyszłotygodniowych zawodów, "super" myślę sobie, ale zanim wypuścimy się w teren standardowe kilka chwil dla mięśni. Gdy nogi, ręce, szyja i wszystko inne jest rozciągnięte możemy lecieć na przełaje, oj prawdziwe przełaje! Początek trasy błotnisty, zamiast butów do biegania polecane są gumaczki ;) Jednak odcinek ten nie jest długi i po chwili znajdujemy się na leśnej ścieżce, jest płasko, więc można by pomyśleć "rewelacja". Biegniemy przed siebie, rozmawiamy i tak pokonujemy 2km, w końcu przebiegamy koło gospodarstwa, a tam witają nas 2 duże psy, które wcale nie są mile do nas nastawione. Na szczęście bez ofiar udaje nam się przemknąć przy "szczeniaczkach". Trasa wydaje się nie być zbytnio wymagająca, podbiegi, które pokonujemy są dla każdego. Wybiegamy na asfalt, więc jak dla mnie w ogóle rewelacja. Ale to nie koniec pętelki, przygoda z asfaltem szybko się kończy. Znów wbiegamy w las, "na dzień dobry" wita nas górka, wbiegamy, trzymając się szlaku, skręcamy w prawo, a tam... ogroooooomna góra! Wbiec na nią to nie lada wyzwanie, ja się poddaje i postanawiam wejść, gdy w końcu jestem na szczycie okazuje się, że to nie koniec, bo przecież skoro jesteśmy na szczycie to jeszcze musimy znaleźć się na dole, zbieganie to nie jest moja mocna strona, szczególnie, gdy jest tak stromo.Udało się zbiec, a nie sturlać i bez kontuzji, po kolei meldujemy się na dole. Przed nami jeszcze ok. kilometr do naszej mety, a półmetka dla zawodników. W końcówce spotykamy się z jeszcze jednym stromym zbiegiem, który wita nas przy samym stadionie. Na koniec kilka ćwiczeń i rozchodzimy się do domów.
Moje odczucia, co do II Lidzbarskiego Biegu Przełajowego nieco się zmieniły, jednak cieszę się, że tydzień później będę się sprawdzać, gdyż tempo w jakim muszę przebiec swój sprawdzian mieści się w przedziale 4:24 - 4:30, a na tej trasie jest to nie do osiągnięcia (dla mnie:) ), nie znając trasy na pewno bym się na taki bieg nastawiała, a po wszystkim tylko bym się denerwowała.
Z drugiej jednak strony szkoda, że nie pobiegnę. Fajna zabawa mnie omija, bo tylko w kategorii zabawy mogłabym potraktować te zawody. Bądź, co bądź nie ma miejsca jak dom i zawody w rodzinnym mieście. A za startujących BBL'owiczów i AKB'owiczów będę mocno trzymać kciuki :) Ale póki co rozgrzewam kciuki do zaciskani przed jutrem! Za grupą Lidzbarczan startujących w 35. Maratonie Warszawskim oraz za mojego brata, który maratoński dystans pokonywać będzie w Berlinie!
9/28/2013
9/26/2013
Recepta na zdrowie? Bieganie!
| Ubiegłoroczna edycja I Biegu Oliwskiego |
I tak oto na ostatni wtorkowy trening zaplanowane miałam 2km rozruchu, aby później biegać 5x5min w tempie 4:20, czyli około 1155m do przebycia w jednej sesji. Szczerze mówiąc nieco stresują mnie takie treningi, ponieważ nigdy nie jestem pewna czy podołam. I niestety, pierwszy akcent szybkościowy nieco wolniejszy niż wynika z założeń, po
| Smakowita nagroda :) |
9/18/2013
Lidzbarczanie doceniają bieganie
![]() |
| Najnowsze ścigacze-motywatory |
Wracając już do biegania,no więc plan na miniony tydzień nie wymagał ode mnie zbyt wiele:
- wtorek - spokojne 12 km
- czwartek- 8, jednak nieco szybszych, tysiączków
- sobota to oczywiście BBL, ale zanim kilkanaście kilometrów rozbiegania
- a na koniec tygodnia znów spokojne 10 km
9/07/2013
Witaj Polsko!
Wróciłam! W końcu jestem w Polsce, w domu, w Lidzbarku :) Co prawda dokładnie tydzień temu przyjechałam, więc już mam w nogach treningi na lidzbarskiej ziemi, ale nie tylko lidzbarskiej. Po 8 tygodniach pracy należał się odpoczynek, błogie nic nierobienie - wybraliśmy morze :) Ale w czasie realizacji planu nie ma mowy o wolnym od biegania. Tak więc wtorkowy trening odbył się na trasie Jantar - Stegienka. Jak przywitało mnie morze? Wietrznie! Część zasadnicza treningu to 5x5 minut w tempie 4:20, o ile 3 pierwsze odcinki przebiegły idealnie, tak 2 ostatnie należały do nieco słabszych. Siła wiatru mnie pokonała, zdarza się, że przyjemny wiaterek jest moim kompanem, jednak ten okazał się przeciwnikiem! Po części zasadniczej rozbieganie i powrót do pensjonatu, a w pokoju już czekało na mnie pyszne śniadanie. Co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem? Wyjść na spacer i to nie byle jaki, bo aż 15-kilometrowy. Aktywny odpoczynek to jest to, co lubię!
Cóż szykował plan na kolejny dzień treningowy? Nic trudnego, sama przyjemność, spokojne 15 km, a że było spokojne to szczerze mówiąc nie mam nic konkretnego do opisania.
Dzisiaj działo się już więcej, gdyż część główna to 2x8 minut po 4:30/km. Udało się i byłam z siebie dumna. Na pierwszym odcinku po kilometrze Garmin wskazał idealnie trafione tempo co do sekundy. Drugi już nieco szybszy (11 sekund), ale do podkręcenia tempa zmotywowała mnie pewna pani, która pojawiła mi się na horyzoncie, po prostu chciałam ją przegonić, już długo się nie ścigałam, włączył się instynkt. :) W ramach roztruchtania udałam się na stadion na zajęcia Biegam Bo Lubię. Zawsze, gdy jestem w domu (tak, tak, wakacje nad morzem już dobiegły końca) rezerwuję ten czas na wspólne ćwiczenia z lidzbarskimi biegaczami. Do końca września zostaję w Lidzbarku, także z pewnością jeszcze 3 razy się tam pojawię. Zachęcam wszystkich lidzbarczan do wspólnego truchtania na stadionie - solidna dawka endorfin gwarantowana dla każdego! :)
Cóż szykował plan na kolejny dzień treningowy? Nic trudnego, sama przyjemność, spokojne 15 km, a że było spokojne to szczerze mówiąc nie mam nic konkretnego do opisania.
Dzisiaj działo się już więcej, gdyż część główna to 2x8 minut po 4:30/km. Udało się i byłam z siebie dumna. Na pierwszym odcinku po kilometrze Garmin wskazał idealnie trafione tempo co do sekundy. Drugi już nieco szybszy (11 sekund), ale do podkręcenia tempa zmotywowała mnie pewna pani, która pojawiła mi się na horyzoncie, po prostu chciałam ją przegonić, już długo się nie ścigałam, włączył się instynkt. :) W ramach roztruchtania udałam się na stadion na zajęcia Biegam Bo Lubię. Zawsze, gdy jestem w domu (tak, tak, wakacje nad morzem już dobiegły końca) rezerwuję ten czas na wspólne ćwiczenia z lidzbarskimi biegaczami. Do końca września zostaję w Lidzbarku, także z pewnością jeszcze 3 razy się tam pojawię. Zachęcam wszystkich lidzbarczan do wspólnego truchtania na stadionie - solidna dawka endorfin gwarantowana dla każdego! :)
8/22/2013
Budziku! Obudź się
Zgodnie z planem dzisiejszego poranka miałam przebiec 9 spokojnych kilometrów. No właśnie, miałam... Ostatnimi czasy mój budzik płata figle i zdarza mu się "zaspać". Tak też zrobił w dniu dzisiejszym i zamiast wstać jak zwykle w dzień treningowy o 5, obudziłam się o 6:30. Chwilę się zastanowiłam czy może jednak podjąć próbę wykonania treningu, ale ostatecznie odłożyłam to na "po pracy". Więc skończywszy wykonanie zadań o 17:00, szybko wskoczyłam w strój biegowy i o 17:18 wyruszyłyśmy. No właśnie, wyruszyłyŚMY, w dniu dzisiejszym miałam towarzyszkę-rolkarza-fotografa Magdę :) Miło raz na jakiś czas pobiegać z kimś, szczególnie kiedy trening nie jest wymagający i pozwala na swobodną rozmowę. Szczerze mówiąc 48 minut upłynęło bardzo szybko, jednak nie jest to pora dla mnie. Po całym dniu stania moje nogi były nieco zmęczone i jakby cięższe niż zwykle. Również ruch był wzmożony, co utrudniało nam rozmowę. Niemniej jednak nie ma co narzekać, trening udany, endorfiny uwolnione, pozostało czekać do soboty, czyli kolejnego punktu planu.
8/21/2013
12 tygodni pracy czas zacząć
![]() |
| Nareszcie mogę biegać! |
8/10/2013
Nie ma cwaniaka na bliźniaka!
Nadszedł sobotni poranek, nic nie zakłóca snu, budzik wyłączony, mimo wszystko budzę ok. 5, tata wstaje na bieganie, ja tak wcześnie nie muszę się zrywać, mogę jeszcze trochę pospać, to "trochę" to... hm, 3 godziny! Dopiero o 8 wybija pora na mój trening, gdzie pobiec? Niby sobota wolna, ale pojadę do Oldenzaal, nie do pracy, pod pracę. Gdy o 9 wszyscy się zbierają do swoich obowiązków, naciskam "START" w Garminie i lecę. Tym razem z Holandii do Niemiec. Pogoda rewelacyjna, biegnie mi się swobodnie nie forsuję tempa. Po drodze mijam miejscowych biegaczy, a właściwie biegaczki :) Na trasie dominują kobiety. Mimo iż większość trasy stanowią podbiegi jest w porządku. Cieszę się chwilą, przeliczając dni do powrotu do Polski. Zostało niewiele, uśmiecham się, pokonując kolejne kilometry, aż moim oczom ukazuje się tablica "Bundesrepublik Deutschland". Zatrzymuję się, aby zrobić zdjęcie i to był mój największy błąd! Po zakończeniu tej czynności, przystępuję do biegu i BOOM! spada na mnie jakby grom z jasnego nieba, znów pojawia się ból w kolanie. Dokuczał mi on jakiś czas temu, ale zwykle pojawiał się w końcówce treningu i w żaden sposób nie nieumożliwiał mi kontynuowania biegu. Teraz zupełnie coś innego, udaje mi się jedynie przebiec na drugą stronę ulicy, aby tam ponownie się zatrzymać. Kilka ćwiczeń rozciągających i decyduję się na
kontynuację treningu. Ciągle czuję jakby rwanie, w żaden sposób się nie pogarsza, ale jednak stanowi pewien dyskomfort. Przebiegam jeszcze ok. 5 km i mówię sobie "koniec" resztę treningu trzeba pokonać spacerem. Co prawda do domu pozostało ok. 4 km, ale nie narażam się bardziej. Może rzeczywiście trzeba będzie na trochę "zwolnić"? Nie wyobrażam sobie całkowitego odpuszczenia, myślę o jakiś treningu zastępczym. Przeszperam fora biegowe, może tam coś uda mi się znaleźć na ten temat.
Ostatecznie dziś udało mi się pokonać 16 km i za ten bieg zdobyć Kinder Niespodziankę! Nie jedną, a 5 :) Szukałam ich od 5 tygodni i w czasie dzisiejszego treningu w końcu udało mi się je wypatrzeć :) Co prawda czekolada leży na półce, większą frajdą są zabawki! Ale zjeść coś też trzeba było, więc dzisiejszy pobiegowy posiłek stanowiły borówki, pychota! A na deser bułka z truskawkami - było warto! :)
kontynuację treningu. Ciągle czuję jakby rwanie, w żaden sposób się nie pogarsza, ale jednak stanowi pewien dyskomfort. Przebiegam jeszcze ok. 5 km i mówię sobie "koniec" resztę treningu trzeba pokonać spacerem. Co prawda do domu pozostało ok. 4 km, ale nie narażam się bardziej. Może rzeczywiście trzeba będzie na trochę "zwolnić"? Nie wyobrażam sobie całkowitego odpuszczenia, myślę o jakiś treningu zastępczym. Przeszperam fora biegowe, może tam coś uda mi się znaleźć na ten temat.
Ostatecznie dziś udało mi się pokonać 16 km i za ten bieg zdobyć Kinder Niespodziankę! Nie jedną, a 5 :) Szukałam ich od 5 tygodni i w czasie dzisiejszego treningu w końcu udało mi się je wypatrzeć :) Co prawda czekolada leży na półce, większą frajdą są zabawki! Ale zjeść coś też trzeba było, więc dzisiejszy pobiegowy posiłek stanowiły borówki, pychota! A na deser bułka z truskawkami - było warto! :)
8/02/2013
Zmęczenie, upał, trening mimo wszystko
To już połowa pobytu w Niemczech za mną! Niesamowicie się cieszę na samą myśl powrotu do domu, jednak jeszcze 28 dni. Nie ma czasu na bujanie w obłokach, trzeba biegać. A ostatni trening należał do jednych z trudniejszych, a przecież plan był taki, aby przebiec spokojnie 14 km, nic więc trudnego mogłoby się wydawać. Jednak problemy zaczęły się już wraz z podniesieniem powiek, oj jakże nie chciało mi się wstawać. To za sprawą pracy, bowiem zamiast do 17:00 pracowaliśmy do 21:00, jednak ostatnio w moje motto to "systematyczność kluczem sukcesu", więc wstałam, zjadłam, wybiegłam. Podczas lokalizowania satelity wydawało mi się, że już jest ok i nawet czułam się
wyspana , więc po 1-wszym kilometrze zaczęłam nabierać podejrzeń, iż mój Garmin zaczyna się psuć, albowiem według niego tempo wynosiło 6:17/km !!! Nie pamiętam, kiedy ostatni raz biegałam z prędkością 9,55 km/h. Pomyślałam, że może za szybko wybiegłam, że mój współtowarzysz nie zdążył dokładnie określić mojego położenia i stąd ta gafa i zapewne na drugim kilometrze poprawi się i pokaże mi niewyobrażalnie szybkie tempo, aby poprawić swój błąd, jak to miał w zwyczaju. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że drugi tysiączek pokonałam w 5 minut i 50 sekund, nie czułam, że biegnę, aż tak wolno. A jednak... Moje ciało ciągle jeszcze spało, ale wcale nie chciałam zmuszać się do szybszego biegu. Do czasu wdrożenia planu pozostały ponad 2 tygodnie, zatem mam prawo na takie lenistwo. :) Ostatecznie trening zakończyłam mając w nogach 14 km 007 m, zajęło mi to 1:15:36.
A już jutro planuję po raz kolejny przekroczyć granicę niemiecko
- holenderską w bliźniakach. Co prawda nie jestem do końca pewna swoich planów, gdyż do tej pory
jeszcze nie wiem czy jutro pracuję czy też nie. Gdybym nie pracowała również mogłabym biec do Oldenzaal, jednak wtedy musiałabym zacząć trening o godzinie 14, a w obecnych warunkach pogodowych jest to niemalże niemożliwe, gdyż słupek rtęci dzisiaj przekroczył 36 kresek. Upały znowu wróciły do Bad Bentheim, na szczęście o 6 rano jest o połowę chłodniej! Nie ma zatem wyjścia trzeba biegać o świcie. :)
wyspana , więc po 1-wszym kilometrze zaczęłam nabierać podejrzeń, iż mój Garmin zaczyna się psuć, albowiem według niego tempo wynosiło 6:17/km !!! Nie pamiętam, kiedy ostatni raz biegałam z prędkością 9,55 km/h. Pomyślałam, że może za szybko wybiegłam, że mój współtowarzysz nie zdążył dokładnie określić mojego położenia i stąd ta gafa i zapewne na drugim kilometrze poprawi się i pokaże mi niewyobrażalnie szybkie tempo, aby poprawić swój błąd, jak to miał w zwyczaju. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że drugi tysiączek pokonałam w 5 minut i 50 sekund, nie czułam, że biegnę, aż tak wolno. A jednak... Moje ciało ciągle jeszcze spało, ale wcale nie chciałam zmuszać się do szybszego biegu. Do czasu wdrożenia planu pozostały ponad 2 tygodnie, zatem mam prawo na takie lenistwo. :) Ostatecznie trening zakończyłam mając w nogach 14 km 007 m, zajęło mi to 1:15:36.
A już jutro planuję po raz kolejny przekroczyć granicę niemiecko
- holenderską w bliźniakach. Co prawda nie jestem do końca pewna swoich planów, gdyż do tej pory
jeszcze nie wiem czy jutro pracuję czy też nie. Gdybym nie pracowała również mogłabym biec do Oldenzaal, jednak wtedy musiałabym zacząć trening o godzinie 14, a w obecnych warunkach pogodowych jest to niemalże niemożliwe, gdyż słupek rtęci dzisiaj przekroczył 36 kresek. Upały znowu wróciły do Bad Bentheim, na szczęście o 6 rano jest o połowę chłodniej! Nie ma zatem wyjścia trzeba biegać o świcie. :)
7/28/2013
Pracowity dzień bliźniaków
Minął trzeci tydzień za granicą, po 5 dniach pracy nadszedł weekend, co robić w sobotę? Bez zmian, trzeba iść do pracy. Tym razem nie do miejsca oddalonego 200m od domu, a po drugiej stronie granicy, w Oldenzaal, a więc 20km od Bad Bentheim. Już w tamtym tygodniu planowałam pobiec do pracy, jednak się nie udało. Szczerze mówiąc, wczoraj również niewiele zabrakło, miałam wstać o 5:00 i o 6:00 wybiec. Oczy otworzyłam o 5:40, jednak nie przekreśliło to moich planów. Na szczęście! Już wiem czemu Michał wybiera trening zamiast przejazdu samochodem. Śniadanie rekompensuje wszystko :) Jest wyśmienite! Ale od początku.
więc żołądek mnie poganiał. Ostatecznie wyszło 19km 600m w czasie 1:40:46, co daje średnie tempo 5:08/km.
Gdy wstałam szybko spakowałam rzeczy niezbędne do pracy i byłam gotowa do drogi. Satelity zlokalizowałam o 6:14 i o tej porze rozpoczęłam swoje sobotnie wybieganie. Szczerze mówiąc trochę obawiałam się trasy, gdyż nie do końca wiedziałam, którędy biec, ostatni raz treningowo pokonywałam ją niemalże rok temu, a więc trochę jej obraz został zaburzony. Jednak do trudnych nie należy, do granicy trzeba trzymać się Rheiner i Hengeloer Straße, w Holandii Bentheimerstraat, a ponadto żadnych skrętów, praktycznie bieg w linii prostej. Profil również do wymagających nie należy. Akurat w stronę Holandii biegnie się ciągle niemalże z górki, odrobinkę większe podbiegi napotkałam w De Lutte. Od początku biegło mi się całkiem przyjemnie, nie wiedząc kiedy minęło 10km i 230m, a to oznaczało, że zmieniam kraj.
Biegnąc po drugiej stronie granicy śmiałam się do siebie, patrząc na oznaczenia trasy, całe szczęście nie miały dla mnie żadnego znaczenia, gdyż wiedziałam, ile kilometrów jeszcze przede mną. Mogłoby to być demotywujące, gdy przede mną stał znak Oldenzaal 5km, a po drugiej stronie ulicy Oldenzaal 8km, po pokonaniu ok. 1 kilometra znowu znak Oldenzaal 5 km, a za kilkaset metrów Oldezaal 8 km. Oj, coś kolegom z Kraju Tulipanów nie wyszło w oznaczeniach, ale nie wnikajmy. Michał również biegł do rano biegł na śniadanie do C1000 i mimo że wybiegł 15 minut po mnie dogonił mnie! 3,5km przed końcem, akurat w momencie, gdy wspomniany wcześniej podbieg mnie pokonał i zamiast na niego wbiegać, postanowiłam trochę przejść. Co prawda nie był to długi spacer, gdyż jak zauważyłam sylwetkę brata uznałam, że trzeba biec i trening skończyliśmy razem, a ostatnie kilometry nie inaczej należały do tych najszybszych - 4:50, 4:46, 4:45, za szybko jak na moje długie wybieganie, ale cóż zaspałam, więc nie mogłam zjeść takiego śniadania jakie bym chciała, więc żołądek mnie poganiał. Ostatecznie wyszło 19km 600m w czasie 1:40:46, co daje średnie tempo 5:08/km.
A co się okazało po przyjściu do firmy? Nie miałam butów na zmianę i w ten oto sposób bliźniaki spędziły 7h w pracy. Dały radę, ale już nigdy więcej do tego nie dopuszczę :)
7/25/2013
1/3 pobytu za granicą minęła...
![]() |
| Dzisiejsza trasa. |
Plan będę wykonywać dopiero od połowy sierpnia, a póki co po prostu sobie latam i tak dzisiaj mój Garmin ostatni sygnał wydał z siebie po przebiegnięciu 14 km. Treningi teraz zaliczam do tych spokojniejszych, bardziej zwiedzam okolicę niż skupiam się na przebieraniu nogami. Tak więc dzisiejszego poranka nie było inaczej. Pierwsze kilometry w tempie relaksacyjnym, miałam dużo czasu na przemyślenia, a do tego sama nie wiedziałam, którędy biec,więc jak tylko pojawiał się zakręt szybko przetwarzałam, co będzie jak wybiorę lewy zaułek, a co się stanie kiedy zdecyduję się skręcić w prawo. Szczerze mówiąc nic ciekawego nie wymyśliłam, po prostu wydłużyłam jedną ze stałych tras, zahaczając o drugą równie często uczęszczaną przeze mnie. Spokojnie mijały mi kolejne tysiączki, jednakże na 11. km dałam się ponieść. Dlaczego? Gdy wybiegałam zza zakrętu oczom moim ukazała się biegaczka. W wyobraźni zmieniła się sceneria i droga, którą przemierzałam nie była już zwykłym chodnikiem, a trasą zawodów. Pomyślałam sobie, że są to ostatnie metry wyścigu i mogę jeszcze powalczyć o pozycję! Dałam radę, przegoniłam sympatyczną panią i już ciężko było mi zwolnić, z każdym kilometrem spokojnie, powoli stabilizowałam tempo. Ostatni kilometr w czasie 5:11, jak się okazało średnie tempo treningu było jedynie o 2 sekundy wolniejsze. I tak oto dzisiejszego poranka przebiegłam 14 km w czasie 1:13:06.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










