10/18/2013

Wyzwanie rozpoczęte

Już się nie przydadzą.
Źródło: https://mcdonalds.pl/kupony/fb/facebook_ver/kupony1.jpg
Ostatnio mój brat na swoim blogu (biegaczzpolnocy.blogspot.com) wspomniał o pewnym wyzwaniu żywieniowym. Polega na tym, aby do 11. listopada nie jeść słodyczy ani jedzenia śmieciowego. Powiem szczerze, że przeczytałam, przeanalizowałam i odrzuciłam tę propozycję, jakoś nie poczułam tego klimatu, bo niby po co mam się ograniczać? Przecież nie jestem gruba, na zdrowie też nie narzekam. Ale myślenie zmieniło mi się dzisiaj rano, kiedy na facebook'u dostałam zaproszenie do tego wydarzenia.Ot, taki impuls, jeszcze raz się zastanowiłam i tym razem w głowie zaświeciła się żaróweczka "Czemu nie?", nic mi się nie stanie, a może być ciekawie :) Warto poćwiczyć swoją niestety słabą silną wolę. I tak o to pisząc tę notkę, zajadam się jabłkiem, a z kuchni dobiega do mnie zapach rosołu, pierwszy raz w swoim życiu gotuję rosół! Zniżki z McDonald's wyrzucone, bo póki co nie pójdę na lody ani na McWrapa :) Czekolada po zbadaniu jakości również znalazła się w barku, a niech leży i kusi, nie dam się jej! A nóż uda się zrzucić kilka kilogramów i zyskać na
szybkości, kto wie, kto wie. 
 
Wyzwanie wyzwaniem, ale jutro zawody! Trzeba się naładować, więc na kolację planuję zjeść makaron z truskawkami, uwielbiam! Trochę energii na pewno się przyda, chociaż planuję pobiec jutro treningowo. Ba! Początkowo miało to być moje spokojne wybieganie w tempie 5:50/km, ale szczerze wątpię czy dałabym radę aż tak się powstrzymywać. Zrealizuję sobotni trening i na początku rzeczywiście delikatnie potruchtam, a później przyspieszę. Jak to wszystko wyjdzie? Zobaczymy już jutro :) Nie mogę się doczekać!





10/15/2013

II Bieg Oliwski

Przeprowadzka i powrót na studia spowodowały ogromne zaległości na blogu. Dziś w końcu mam chwilę, aby usiąść przed komputerem i opisać, co prawda nie wszystkie treningi, lecz niedzielne zawody, a mianowicie II Bieg Oliwski.

Dzień rozpoczął się przed godziną 8, nadmiar emocji spowodowany startem w zawodach zaserwował wiele pobudek w ciągu nocy, więc gdy nadeszła pora na wstawanie, ochoczo podniosłam się z łóżka, aby przygotować sobie śniadanie mistrzów! Uwielbiam te przedbiegowe posiłki. Kiedy żołądek był pełny, a torba spakowana, mogliśmy wyruszać. Tego dnia towarzyszyli moi najwspanialsi kibice - Szymon, Karolina, Agnieszka, którzy ten niedzielny poranek postanowili spędzić razem ze mną. Wstali z łóżek, aby mnie dopingować, nie ma nic lepszego na świecie niż takie wsparcie. :) Za co im z całego serca dziękuję! Start zaplanowany był na godzinę 12, my na miejscu zjawiliśmy się przed 11, a więc miałam czas na spokojne przygotowanie się i rozgrzanie. Mimo iż miejsce nie zmieniło się w stosunku do roku poprzedniego to cała aura jak najbardziej. Stworzone zostało mini miasteczko biegowe. To już nie budka, gdzie mieściło się biuro i jeden namiocik, przy którym wydawano posiłki regeneracyjne. Tym razem na polanie rozstawione zostały namioty sponsorów i stoły dla biegaczy. Meta to nie po prostu napis na zużytym plakacie, a dmuchana brama jak na wszystkich biegach. Było czuć klimat zawodów, a nie truchtanie w większej grupie. Ponadto w tym roku nie biegliśmy tylko dla siebie, trasę pokonywaliśmy dla 19letniego Kamila, który choruje na białaczkę. Utkwiły mi słowa organizatorów, którzy chwilę przed startem powiedzieli "Jeśli na trasie dopadnie was kryzys i pomyślicie, że już nie dajecie rady, pomyślcie o Kamilu, on walczy z chorobą każdego dnia". Takie słowa niesamowicie motywują i kryzys typu kolka staje się niczym.

Z przyczyn technicznych start został nieco opóźniony, ponadto dowiedzieliśmy się, iż trasa licząca według wcześniejszych założeń 10km jest o prawie 2000m dłuższa. No cóż, powiedziało się "a" trzeba powiedzieć "b".  Chwilę po 12 mogliśmy stawać na linii startu, wspólne odliczanie i o 12:17 w końcu naciskam "START"! Przebiegamy przez boisko KS Olivia i wybiegamy na ulicę Kościerską, trochę asfaltu i wbiegamy na parking, aby pohasać nieco po trawce. Widzę przed sobą sporą grupę biegaczy, ale nie myślę ani o doganianiu kogokolwiek ani o ściganiu się. Plan jest prosty pokonać 10km w tempie 4:24-4:30/km. Pierwszy kilometr i Garmin mówi o tempie 4:42, "to nic" myślę sobie, przecież mam 2km od organizatorów na roztruchtanie. W końcu wbiegamy w las i tam mój przyjaciel GPS wariuje. W nogach czuję moc, na podbiegach więcej wyprzedzam niż daje się wyprzedzić, a Garmin mówi, że kilometr zajął mi 5 minut 25 sekund. Uświadamiam sobie, że to totalnie nie możliwe, a mój kompan zwyczajnie się pogubił w lesie, więc słuchanie go nie ma żadnego sensu, mogę się tylko niepotrzebnie stresować. Na 3. km mijamy zwierzęta, lamy i wielbłądy są bardzo zainteresowane naszym widokiem i bacznie nas obserwują. Pecha mają zwiedzający, którzy stoją z drugiej strony wybiegu. Kiedy czuję, że jest dobrze dobiega do mnie głos zmęczenia, wiem jak bardzo wyprowadza mnie to z równowagi, więc postanawiam, że tego dnia nie dam się wybić z rytmu i uciekam. Garmin mówi, że tym razem przebiegliśmy tysiączek o 25 sekund szybciej, jednak i tak mu nie ufam. Musi jeszcze popracować na odzyskanie mojego zaufania. Dotychczasowa trasa to same zbiegi i podbiegi, o płaskiej asfaltowej powierzchni nie ma mowy. Są to niecodzienne warunki dla mnie, ale niewątpliwie ciekawe. Po 4. kilometrze część biegaczy odbija w stronę mety (jest to grupa, która zdecydowała się na bieg na dystansie ok.5km), my jednak biegniemy w przeciwną stronę. Ciekawa ciągle jestem Wzniesienia Marii, którym straszono nas przed startem.  Zanim do niego dobiegamy mamy do pokonania kilka pagórków, w międzyczasie ktoś na mój widok mówi "3 kobieta", szczerze mówiąc nie byłam tego świadoma, od początku nie pilnowałam pozycji, a więc ta informacja była miłym zaskoczeniem. Nogi już nieco czują zmęczenie, jednak każdy podbieg kończy się zbiegiem i mimo iż totalnie nie radzę sobie, nie umiem poprawnie technicznie zbiec, nie tracąc pozycji to moje nogi nieco odpoczywają. No i po 6.km skręcamy w lewo i zaczyna się wspinaczka! 7. km to bieg pod długą krętą górę, aby nie czuć, że coś mnie boli myślę o momencie wbiegnięcia na metę. Wiem, że czekają tam moi bliscy i dla nich chcę jak najszybciej pokonać trasę, w końcu na zewnątrz jest zimno, więc nie mogę dopuścić, aby za bardzo zmarzli. To nieczyste zagranie z lewą półkulą okazało się skuteczne, ani razu nie usłyszałam głosu "Zwolnij, zatrzymaj się", wręcz przeciwnie chcę gnać. Po wdrapaniu się na szczyt nadszedł czas na "zejście" z niego. Jest to niesamowicie niebezpieczne, przynajmniej dla mnie, gdyż jak już wspomniałam nie umiem radzić sobie sprawie z takimi odcinkami trasy. Wystające korzenie sieją strach i przed oczami ukazują się wizje upadku i kontuzji, lepiej zwolnić niż zrobić sobie krzywdę. Zbieg mimo, że długi to w końcu się kończy, a my po niedługim czasie wybiegamy z lasu. Wtedy zaczynam wierzyć w dane z Garmina, który mówi, że 9.km pokonuję w 4 minuty i 19 sekund, czyli jest dobrze, a nawet za szybko. Ale do mety już tak blisko, zaraz będę świętować z bliskimi mi ludźmi, zaraz przy nich będę, na mojej szyi zawiśnie piękny medal. Na kolejnym kilometrze zahaczamy już o trasę biegu minionej edycji, wiem już gdzie jestem i kiedy cieszę się 3. miejscem z zza pleców wybiega mi drobna krótkowłosa sylwetką, niestety to kobieta... Nie wiedzieć czemu nie podejmuję walki o pozycję,
może to już zmęczenie. Jednak kiedy wybiegam na ostatnią prostą i widzę 3 znane mi postacie siły powracają i na metę wpadam po 51minutach 58sekundach. Dystans według Garmina to 10.75km, jednak z całą pewnością twierdzę, iż pomylił się on i organizatorzy byli bliżsi prawdy mówiąc, że było to 12km. Ostatecznie na dekoracji okazuje się, iż   na 3 pozycji w kategorii 16-39 lat plasuje się MONIKA SAWICZ Z LIDZBARKA WARMIŃSKIEGO, otrzymuję statuetkę, która przypomina swoim kształtem dom pingwina, na szyi zawisa mi śliczny medal, a ten dzień przypomina piękny festyn rodzinny. Bardzo miłym zaskoczeniem okazuje się upominek od sponsora, Dr.Oetker'a. Ponadto to mój numer startowy -173, okazuje się szczęśliwy w losowaniu i otrzymuję kubek od Radia Gdańsk oraz kawę. Na koniec McDonald's w nagrodę i powrót do domu. Ten dzień utkwi mi na długo w pamięci również ze względu na moich towarzyszy, rzadko mam swoich kibiców, ale uczucie, że oni są i mnie wspierają jest jedno z najpiękniejszych! :)







9/28/2013

Na półmetku

Zauważyłam wzrost wyświetleń bloga, więc domniemać mogę, iż więcej osób czyta moje biegowe perypetie. ;) Super, motywuje mnie to do pisania!
Z dniem jutrzejszym zakończę 6. tydzień przygotowań do Biegu Niepodległość, a jeszcze drugie tyle przede mną, a póki co....


Ostatnie treningowe dni sprawiają mi wiele radości! Nie, żeby wcześniej było źle, ale teraz jest wręcz rewelacyjnie! Na czwartek miałam zaplanowane 15 km w tempie 5:50 z 4 szybkimi setkami. Od samego początku biegło się niesamowicie lekko, wolne biegi pozwalają mi nieco bardziej skupić się na sylwetce i korygowaniu błędów. Totalnie zapomniałam o tempie, leciałam przed siebie, prostując się co i rusz, aż tu nagle po pierwszym kilometrze okazuje się, że biegnę o 42 sekundy za szybko. Próbuję zwolnić, ale zwalnianie do planowanego tempa męczy mnie nieziemsko. Nie chcąc psuć sobie treningu postanawiam dać nogom "wolną rękę" i pozwolić się nieść. ;) Trasa dopasowana do zaleceń na spokojne biegi, czyli sporo górek i pagórków. Okrążając Jezioro Wielochowskie mam sporo czasu na przemyślenia, w przyszły weekend w Lidzbarku jest
II Lidzbarski Bieg Przełajowy, jednak plan mówi jasno, nie 5.10 mam się sprawdzić, a tydzień później. Więc nie ma mowy, nie wystartuję. I tego dnia naprawdę żałuję, w końcu nigdzie nie biega się tak dobrze jak w rodzinnym mieście, jednak sobotni trening trochę zmieni moje podejście do tych zawodów, ale po kolei. Rundka wokół jeziora to jednak za mało kilometrów, muszę więc kilka dołożyć i do domu wracam przez Astronomów, czyli chcąc skończyć pod domem muszę jeszcze przebiec przez miasto. Ostatecznie pod furtką mam w nogach 14km 877m, a czas potrzebny na pokonanie tego dystansu to 1:19:13, więc średnie tempo wyniosło 5:19. Po treningu trzeba jeszcze trochę rozciągnąć rozgrzane mięśnie i czekać na sobotę, aby znów pobiegać. :)

I tak po wolnym piątku, czas na treningową sobotę. Co jest priorytetem dzisiejszego latania? 3x8minut po 4:30. Wychodzę z domu o 8:30, wcześniej wyliczyłam, że trening zajmie mi około 62min, więc powinnam zdążyć na lidzbarski stadion na zajęcia Biegam Bo Lubię. Po rozgrzaniu mięśni przystępuję do działania, ścieżka rowerowa staje się moją bieżnią. Z każdym kolejnym odcinkiem czuję się coraz pewniej, a przerwy które je dzielą wydają mi się okropnie długie, ale zdaje się, że ten odpoczynek jest w takich treningach kluczowy, więc w żaden sposób go nie skracam, robię jak każą. Po wykonaniu swojej roboty, pędzę na stadion, a tam? Pustka! Przynajmniej na początku tak mi się wydawało, jednak bardzo się nie mylę. Na stadionie wraz ze mną zameldowało się dzisiaj 6 biegaczy. Dołączam do już truchtającej grupy, padło hasło, aby przebiec jedną pętle (czyli 5km) z przyszłotygodniowych zawodów, "super" myślę sobie, ale zanim wypuścimy się w teren standardowe kilka chwil dla mięśni. Gdy nogi, ręce, szyja i wszystko inne jest rozciągnięte możemy lecieć na przełaje, oj prawdziwe przełaje! Początek trasy błotnisty, zamiast butów do biegania polecane są gumaczki ;) Jednak odcinek ten nie jest długi i po chwili znajdujemy się na leśnej ścieżce, jest płasko, więc można by pomyśleć "rewelacja". Biegniemy przed siebie, rozmawiamy i tak pokonujemy 2km, w końcu przebiegamy koło gospodarstwa, a tam witają nas 2 duże psy, które wcale nie są mile do nas nastawione. Na szczęście bez ofiar udaje nam się przemknąć przy "szczeniaczkach". Trasa wydaje się nie być zbytnio wymagająca, podbiegi, które pokonujemy są dla każdego. Wybiegamy na asfalt, więc jak dla mnie w ogóle rewelacja. Ale to nie koniec pętelki, przygoda z asfaltem szybko się kończy. Znów wbiegamy w las, "na dzień dobry" wita nas górka, wbiegamy, trzymając się szlaku, skręcamy w prawo, a tam... ogroooooomna góra! Wbiec na nią to nie lada wyzwanie, ja się poddaje i postanawiam wejść, gdy w końcu jestem na szczycie okazuje się, że to nie koniec, bo przecież skoro jesteśmy na szczycie to jeszcze musimy znaleźć się na dole, zbieganie to nie jest moja mocna strona, szczególnie, gdy jest tak stromo.Udało się zbiec, a nie sturlać i bez kontuzji, po kolei meldujemy się na dole. Przed nami jeszcze ok. kilometr do naszej mety, a półmetka dla zawodników. W końcówce spotykamy się z jeszcze jednym stromym zbiegiem, który wita nas przy samym stadionie. Na koniec kilka ćwiczeń i rozchodzimy się do domów.
Moje odczucia, co do II Lidzbarskiego Biegu Przełajowego nieco się zmieniły, jednak cieszę się, że tydzień później będę się sprawdzać, gdyż tempo w jakim muszę przebiec swój sprawdzian mieści się w przedziale 4:24 - 4:30, a na tej trasie jest to nie do osiągnięcia (dla mnie:) ), nie znając trasy na pewno bym się na taki bieg nastawiała, a po wszystkim tylko bym się denerwowała.
Z drugiej jednak strony szkoda, że nie pobiegnę. Fajna zabawa mnie omija, bo tylko w kategorii zabawy mogłabym potraktować te zawody. Bądź, co bądź nie ma miejsca jak dom i zawody w rodzinnym mieście. A za startujących BBL'owiczów i AKB'owiczów będę mocno trzymać kciuki :) Ale póki co rozgrzewam kciuki do zaciskani przed jutrem! Za grupą Lidzbarczan startujących w 35. Maratonie Warszawskim oraz za mojego brata, który maratoński dystans pokonywać będzie w Berlinie!






9/26/2013

Recepta na zdrowie? Bieganie!

Ubiegłoroczna edycja I Biegu Oliwskiego
Wirusy atakują! Otaczają mnie w większości przeziębieni ludzie,którzy "ciągają" nosem, skarżą się bóle mięśniowo-stawowe, dokucza im ból gardła i podwyższona temperatura ciała i choć zarazić się nie jest trudno to pochwalić się mogę, że mi od 2 lat takie dolegliwości nie są znane (obym nie powiedziała tego w złą godzinę). To chyba nie jest przypadek, że od 2 lat biegam :) I to jest moja recepta na zdrowie! We wczorajszym wydaniu wiadomości radiowych padło stwierdzenie, że wystarczy pół godziny kilka razy w tygodniu truchtu, marszobiegu, aby wzmocnić organizm. Podpisuję się pod tym obiema rękami i nogami! Według mnie łatwiej jest poświęcić trochę czasu na świeżym powietrzu niż później zmarnować tydzień w łóżku, faszerując się "chemią". Sama już nie mogę się doczekać, kiedy będę przemierzać sopockie szlaki, morska bryza, cisza poranka, ja i moje bliźniaki :) Już niedługo! Póki co przemykam ulicami Lidzbarka.
I tak oto na ostatni wtorkowy trening zaplanowane miałam 2km rozruchu, aby później biegać 5x5min  w tempie 4:20, czyli około 1155m do przebycia w jednej sesji. Szczerze mówiąc nieco stresują mnie takie treningi, ponieważ nigdy nie jestem pewna czy podołam. I niestety, pierwszy akcent szybkościowy nieco wolniejszy niż wynika z założeń, po
Smakowita nagroda :)
pierwszym kilometrze moje tempo biegu wynosi 4:27, a w pozostałe 33 sekundy pokonuję 139 metrów. 3,5 minuty czynnego odpoczynku i czas znowu przyspieszać. Tym razem jestem w pełni sił i śmiało przebiegam 1190 metrów, moje samopoczucie się poprawia i odzyskuję wiarę w siebie. Być może pomógł deszcz, a może był to pewien pan na rowerze, który na mój widok krzyknął "dobrze, przynajmniej twardzi jesteśmy!", jak już wspomniałam niewiele mi potrzeba, aby zmotywować się do wykrzesania z siebie więcej siły. Pan pojechał w swoją stronę, ja podążyłam przed siebie i po kolejnej przerwie, znowu czas na mocniejszy akcent. Ulewa rozpętała się na dobre, zmoczyło mnie niemiłosiernie, ale w czym miałoby mi przeszkadzać takie orzeźwienie? Wręcz mi to pomaga i kolejny odcinek to znowu mocniej niż trzeba i po 5 minutach Garmin melduje, że przebiegliśmy 1189m. Cieszę się do siebie, chociaż wiem, że jeszcze musi wystarczyć mi sił na kolejne 2 akcenty. W ciągu przedostatnich 300 sekund pokonuję 1158 metrów, a ostatni odcinek mierzył 1134m . Nie zawsze udaje mi się wybiegać tyle, ile trzeba, jednak nie poddaje się! Przygotowuję się, aby w 11 listopada w Gdyni pobiec jak najlepiej! :) Już 13 października II Bieg Oliwski, a mój plan zakłada, że właśnie w ten weekend potrzebuję się sprawdzić - okazja idealna, a w ubiegłym roku za 2 miejsce w kategorii otrzymałam nietypową statuetkę, niezwykle praktyczną, którą był Chleb Oliwski :) Mile wspominam bieg, więc dokonam wszelkich starań, aby zdążyć z zapisami i w tym roku również wystartować.


9/18/2013

Lidzbarczanie doceniają bieganie

Najnowsze ścigacze-motywatory
Jakże przyjemnie biega się po lidzbarskich szlakach! A to wszystko za sprawą uprzejmych przechodniów/kierowców/kolarzy :) Ostatnio spotykam się z samymi miłymi gestami, za co wszystkim serdecznie DZIĘKUJĘ. Podczas niedzielnego treningu, kiedy biegłam za Lidzbarkiem w stronę Laudy zatrzymał się samochód, a kierowca schylił głowę i bił mi brawo, powiem szczerze przysporzyło to mi tyle szczęścia, że uśmiech przez kilka kolejnych kilometrów nie schodził mi z twarzy. Ale to nie wszystko w tym tygodniu również lidzbarczanie mnie motywowali, akurat po 2-kilometrowym roztruchtaniu zaczynałam pierwszy mocny odcinek, gdy mym oczom ukazał się pan z podniesionym kciukiem i przywitał słowami "Tak trzymaj!", podziękowałam i poleciałam dalej ciesząc się sama do siebie, ale to nie koniec motywacji tego dnia, skoro mile przywitano mnie na "bieżni" między Lidzbarkiem a Wielochowem to również podczas 6. tysiączka, czyli ostatniego mocniejszego akcentu tego dnia, pożegnano mnie niemniej sympatycznie, a zrobiła to tym razem płeć piękna jadąca na rowerze :) Na prawdę zwykłe "brawo" wystarczy, aby wykrzesać ze mnie takie pokłady energii, o jakich sama nie mam pojęcia. :) Jeszcze raz dziękuję wszystkim!

Wracając już do biegania,no więc plan na miniony tydzień nie wymagał ode mnie zbyt wiele:
  • wtorek - spokojne 12 km
  • czwartek- 8, jednak nieco szybszych, tysiączków
  • sobota to oczywiście BBL, ale zanim kilkanaście kilometrów rozbiegania
  • a na koniec tygodnia znów spokojne 10 km 
Szczerze mówiąc ciężko wychodziło mi się na treningi, gdyż w głowie ciągle była myśl, że jeszcze muszę się uczyć, ponieważ w poniedziałek miałam jeszcze jeden egzamin, jednak ta chwila na treningach na tyle odświeżała mój umysł, że udało się i zdałam! Zasłużyłam więc na nagrodę! A jaki jest najlepszy prezent dla biegacza? Masa różnych :) Jednak ja sprawiłam sobie nowy motywator, czyli nowe buty, do mojej kolekcji dołączyły super ścigacze - Adidas Adizero Tempo 5! Mamy za sobą pierwszy trening i na chwilę obecną mogę powiedzieć, że są rewelacyjne :) Oby tak dalej, a życiówki będziemy zdobywać.

9/07/2013

Witaj Polsko!

Wróciłam! W końcu jestem w Polsce, w domu, w Lidzbarku :) Co prawda dokładnie tydzień temu przyjechałam, więc już mam w nogach treningi na lidzbarskiej ziemi, ale nie tylko lidzbarskiej. Po 8 tygodniach pracy należał się odpoczynek, błogie nic nierobienie - wybraliśmy morze :) Ale w czasie realizacji planu nie ma mowy o wolnym od biegania. Tak więc wtorkowy trening odbył się na trasie Jantar - Stegienka. Jak przywitało mnie morze? Wietrznie! Część zasadnicza treningu to 5x5 minut w tempie 4:20, o ile 3 pierwsze odcinki przebiegły idealnie, tak 2 ostatnie należały do nieco słabszych. Siła wiatru mnie pokonała, zdarza się, że przyjemny wiaterek jest moim kompanem, jednak ten okazał się przeciwnikiem! Po części zasadniczej rozbieganie i powrót do pensjonatu, a w pokoju już czekało na mnie pyszne śniadanie. Co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem? Wyjść na spacer i to nie byle jaki, bo aż 15-kilometrowy. Aktywny odpoczynek to jest to, co lubię!
Cóż szykował plan na kolejny dzień treningowy? Nic trudnego, sama przyjemność, spokojne 15 km, a że było spokojne to szczerze mówiąc nie mam nic konkretnego do opisania.
Dzisiaj działo się już więcej, gdyż część główna to 2x8 minut po 4:30/km. Udało się i byłam z siebie dumna. Na pierwszym odcinku po kilometrze Garmin wskazał idealnie trafione tempo co do sekundy. Drugi już nieco szybszy (11 sekund), ale do podkręcenia tempa zmotywowała mnie pewna pani, która pojawiła mi się na horyzoncie, po prostu chciałam ją przegonić, już długo się nie ścigałam, włączył się instynkt. :) W ramach roztruchtania udałam się na stadion na zajęcia Biegam Bo Lubię. Zawsze, gdy jestem w domu (tak, tak, wakacje nad morzem już dobiegły końca) rezerwuję ten czas na wspólne ćwiczenia z lidzbarskimi biegaczami. Do końca września zostaję w Lidzbarku, także z pewnością jeszcze 3 razy się tam pojawię. Zachęcam wszystkich lidzbarczan do wspólnego truchtania na stadionie - solidna dawka endorfin gwarantowana dla każdego! :)

8/22/2013

Budziku! Obudź się

Zgodnie z planem dzisiejszego poranka miałam przebiec 9 spokojnych kilometrów. No właśnie, miałam... Ostatnimi czasy mój budzik płata figle i zdarza mu się "zaspać". Tak też zrobił w dniu dzisiejszym i zamiast wstać jak zwykle w dzień treningowy o 5, obudziłam się o 6:30. Chwilę się zastanowiłam czy może jednak podjąć próbę wykonania treningu, ale ostatecznie odłożyłam to na "po pracy". Więc skończywszy wykonanie zadań o 17:00, szybko wskoczyłam w strój biegowy i o 17:18 wyruszyłyśmy. No właśnie, wyruszyłyŚMY, w dniu dzisiejszym miałam towarzyszkę-rolkarza-fotografa Magdę :) Miło raz na jakiś czas pobiegać z kimś, szczególnie kiedy trening nie jest wymagający i pozwala na swobodną rozmowę. Szczerze mówiąc 48 minut upłynęło bardzo szybko, jednak nie jest to pora dla mnie. Po całym dniu stania moje nogi były nieco zmęczone i jakby cięższe niż zwykle. Również ruch był wzmożony, co utrudniało nam rozmowę. Niemniej jednak nie ma co narzekać, trening udany, endorfiny uwolnione, pozostało czekać do soboty, czyli kolejnego punktu planu.

8/21/2013

12 tygodni pracy czas zacząć

Nareszcie mogę biegać!
Lenistwo uważam za zakończone! Ostatni tydzień należał do tygodnia regeneracji i odpoczynku. Po wspomnianym międzynarodowym treningu wolałam nie narażać nogi na większy ból i pogłębianie kontuzji. Ale okres laby minął i od wczoraj już nie biegam, od wczoraj trenuję i realizuję plan, przygotowujący mnie do Biegu Niepodległości w Gdyni. Przyznam się szczerze, że obawiałam się wtorku. Emocje były niemalże takie same jak przed zawodami. I kiedy o godzinie 6:01 Garmin był gotowy, ruszyliśmy. Wspaniałe uczucie, tego mi brakowało, nogi niosą same, a na twarzy maluje się uśmiech. Co z nogą? Bez problemu, aktualnie nie dokucza, bólu nie ma. To tym bardziej potęguje chęć do przejścia do części zasadniczej treningu, ale jeszcze trochę, najpierw roztruchtanie, czyli 2 km w średnim tempie 5:30/km i w końcu koniec z zabawą czas nas bieganie! Pierwsza 5-minutowa przebieżka prawie tak jak trzeba 4:18/km i 1144m, a w nogach ciągle świeżość, druga w przeciwną stronę i może trochę z wiatrem, a po pokonaniu kilometra Garmin mówi, że uzyskane tempo to 4:10, więc jeszcze 50 sekund biegu, a to w sumie daje 1170m, trzeci odcinek również jak mi się wydawało "pod wiatr" i czas identyczny jak podczas pierwszej przebieżki,jednak metraż większy o 17 jednostek, a przede mną jeszcze jedna, już wolniejsza od poprzedniej o 5 sekund na kilometrze, a na całym odcinku 28m mniej. Po części głównej zostaje jeszcze 2 km rozbiegania, czyli akurat tyle ile dzieli mnie od domu. Endorfiny w końcu zostają uwolnione! Tego mi brakowało :)

8/10/2013

Nie ma cwaniaka na bliźniaka!

Nadszedł sobotni poranek, nic nie zakłóca snu, budzik wyłączony, mimo wszystko budzę ok. 5, tata wstaje na bieganie, ja tak wcześnie nie muszę się zrywać, mogę jeszcze trochę pospać, to "trochę" to... hm, 3 godziny! Dopiero o 8 wybija pora na mój trening, gdzie pobiec? Niby sobota wolna, ale pojadę do Oldenzaal, nie do pracy, pod pracę. Gdy o 9 wszyscy się zbierają do swoich obowiązków, naciskam "START" w Garminie i lecę. Tym razem z Holandii do Niemiec. Pogoda rewelacyjna, biegnie mi się swobodnie nie forsuję tempa. Po drodze mijam miejscowych biegaczy, a właściwie biegaczki :) Na trasie dominują kobiety. Mimo iż większość trasy stanowią podbiegi jest w porządku. Cieszę się chwilą, przeliczając dni do powrotu do Polski. Zostało niewiele, uśmiecham się, pokonując kolejne kilometry, aż moim oczom ukazuje się tablica "Bundesrepublik Deutschland". Zatrzymuję się, aby zrobić zdjęcie i to był mój największy błąd! Po zakończeniu tej czynności, przystępuję do biegu i BOOM! spada na mnie jakby grom z jasnego nieba, znów pojawia się ból w kolanie. Dokuczał mi on jakiś czas temu, ale zwykle pojawiał się w końcówce treningu i w żaden sposób nie nieumożliwiał mi kontynuowania biegu. Teraz zupełnie coś innego, udaje mi się jedynie przebiec na drugą stronę ulicy, aby tam ponownie się zatrzymać. Kilka ćwiczeń rozciągających i decyduję się na
kontynuację treningu. Ciągle czuję jakby rwanie, w żaden sposób się nie pogarsza, ale jednak stanowi pewien dyskomfort. Przebiegam jeszcze ok. 5 km i mówię sobie "koniec" resztę treningu trzeba pokonać spacerem. Co prawda do domu pozostało ok. 4 km, ale nie narażam się bardziej. Może rzeczywiście trzeba będzie na trochę "zwolnić"? Nie wyobrażam sobie całkowitego odpuszczenia, myślę o jakiś treningu zastępczym. Przeszperam fora biegowe, może tam coś uda mi się znaleźć na ten temat.
 Ostatecznie dziś udało mi się pokonać 16 km i za ten bieg zdobyć Kinder Niespodziankę! Nie jedną, a 5 :) Szukałam ich od 5 tygodni i w czasie dzisiejszego treningu w końcu udało mi się je wypatrzeć :) Co prawda czekolada leży na półce, większą frajdą są zabawki! Ale zjeść coś też trzeba było, więc dzisiejszy pobiegowy posiłek stanowiły borówki, pychota! A na deser bułka z truskawkami - było warto! :)

8/02/2013

Zmęczenie, upał, trening mimo wszystko

To już połowa pobytu w Niemczech za mną! Niesamowicie się cieszę na samą myśl powrotu do domu, jednak jeszcze 28 dni. Nie ma czasu na bujanie w obłokach, trzeba biegać. A ostatni trening należał do jednych z trudniejszych, a przecież plan był taki, aby przebiec spokojnie 14 km, nic więc trudnego mogłoby się wydawać. Jednak problemy zaczęły się już wraz z podniesieniem powiek, oj jakże nie chciało mi się wstawać. To za sprawą pracy, bowiem zamiast do 17:00 pracowaliśmy do 21:00, jednak ostatnio w moje motto to "systematyczność kluczem sukcesu", więc wstałam, zjadłam, wybiegłam. Podczas lokalizowania satelity wydawało mi się, że już jest ok i nawet czułam się
wyspana , więc po 1-wszym kilometrze zaczęłam nabierać podejrzeń, iż mój Garmin zaczyna się psuć, albowiem według niego tempo wynosiło 6:17/km !!! Nie pamiętam, kiedy ostatni raz biegałam z prędkością 9,55 km/h. Pomyślałam, że może za szybko wybiegłam, że mój współtowarzysz nie zdążył dokładnie określić mojego położenia i stąd ta gafa i zapewne na drugim kilometrze poprawi się i pokaże mi niewyobrażalnie szybkie tempo, aby poprawić swój błąd, jak to miał w zwyczaju. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że drugi tysiączek pokonałam w 5 minut i 50 sekund, nie czułam, że biegnę, aż tak wolno. A jednak... Moje ciało ciągle jeszcze spało, ale wcale nie chciałam zmuszać się do szybszego biegu. Do czasu wdrożenia planu pozostały ponad 2 tygodnie, zatem mam prawo na takie lenistwo. :) Ostatecznie trening zakończyłam mając w nogach 14 km 007 m, zajęło mi to 1:15:36.

A już jutro planuję po raz kolejny przekroczyć granicę niemiecko
- holenderską w bliźniakach. Co prawda nie jestem do końca pewna swoich planów, gdyż do tej pory
 jeszcze nie wiem czy jutro pracuję czy też nie. Gdybym nie pracowała również mogłabym biec do Oldenzaal, jednak wtedy musiałabym zacząć trening o godzinie 14, a w obecnych warunkach pogodowych jest to niemalże niemożliwe, gdyż słupek rtęci dzisiaj przekroczył 36 kresek. Upały znowu wróciły do Bad Bentheim, na szczęście o 6 rano jest o połowę chłodniej! Nie ma zatem wyjścia trzeba biegać o świcie. :)