11/12/2013

Wielka klapa

Z dzisiejszego wpisu nie będzie tryskał entuzjazm. Czuję złość, żal i rozgoryczenie, analizuję błędy i wyciągam wnioski. Coś poszło nie tak, zupełnie inaczej sobie wyobrażałam start w Gdyni. Jednak po kolei...

Do Gdyni udałam się z Szymonem i Patrycją z Michałem, pierwszy raz tylko ja występowałam w roli zawodniczki. Od rana czułam wielkie podekscytowanie, w końcu nadszedł TEN wielki dzień, 12 tygodni pracy dobiegło końca, teraz trzeba było pobiec i cieszyć się triumfem. Przed startem zadbałam o wszystko, śniadanie jak należy, strój dobrany, organizm zregenerowany. Po zjawieniu się na skwerze, odebraliśmy pakiet startowy, przebrałam się i przystąpiłam do rozgrzewki. Speaker informował, że w dniu dzisiejszym padnie rekord frekwencji, do tej pory myślałam sobie, że fajnie! Emocje sięgały zenitu, a kiedy w końcu ustawiłam się w swojej strefie (w przeciwieństwie do całej rzeszy biegaczy) serce waliło mi jak dzwon. Pożegnałam się z Szymonem i czas wyruszyć. Jednak od momentu wystrzału z Błyskawicy do czasu, kiedy minęłam linię startu minęły prawie 2 minuty. Kiedy w końcu uruchomiłam Garmina zaczęła się przygoda, a właściwie bieg z przeszkodami. W Gdyni biegało się ciężko już wcześniej, ale to co działo się wczoraj to istny kosmos. Wokół mnie byli ludzie z ostatniej strefy, którzy za każdym razem, gdy próbowałam ich wyprzedzić, obdarowywali mnie silnym uderzeniem w żebra. Napełniała mnie złość, a do wściekłości doprowadził mnie ktoś z tyłu, kto pchnął z impetem w plecy. Nawet się nie odwróciłam, nie chciałam tracić siły na takich "biegaczy". Pierwszy kilometr za nami i co? I klops! Tempo wynosi 4:53/km, czyli 23 sekundy straty! Próbuję nadrabiać na kolejnych kilometrach, ale wcale nie jest łatwiej, co jakiś czas robi się luźno, ale kolejny zakręt czy też zwężenie doprowadza do zwolnienia niemalże do marszu. Udaje mi się utrzymywać średnie zakładane tempo, ale nie mogę nadrobić straty z pierwszego kilometra. Czuję złość! W końcu wbiegamy na ul. Świętojańską, czyli rozpoczynamy łagodną, jednak długą wspinaczkę. Mijam Michała i Patrycję, niby się uśmiecham, ale to nie to. Mam straty, nie jestem zadowolona, pierwszy raz nie widzę w biegaczach sprzymierzeńców. Na 7. km kolejne 17 sekund straty, tym razem wiem, że nie wystarczająco dużo ćwiczyłam podbiegów i skipów. Mój błąd, płacę za niego. Do mety dzieli mnie już tak mało, a nie mam siły walczyć, po prostu nie chce mi się. Czuję zniechęcenie. Dotychczas biegnąc wzdłuż morza, czułam przypływ endorfin i z uśmiechem gnałam do mety. Teraz jest inaczej, daje się wyprzedzać i nie podejmuję walki, bo po co? Ostatecznie kończę swoją przygodę z Biegiem Niepodległości z czasem 45:31. Na mecie wita mnie Szymon, a ja zamiast tryskać radością, wylewam w jego ramię łzy. Po raz pierwszy uciekłam od razu z miejsca biegu. Nie chciałam, żeby ktoś mnie zapytał "Jak poszło?" Bo niby co miałabym odpowiedzieć? Dobrze? Gdybym nie pracowała nad złamaniem 45 minut to można by stwierdzić, że ok, w końcu poprawiłam życiówkę o 42 sekundy. Ale o coś innego walczyłam i powoli godzę się z porażką.

Po tym biegu targają mną mieszane emocje. Szczerze mówiąc nie wiem czy w przyszłym roku wystartuję w GPX Gdyni. Uważam, że 6000 osób to zdecydowanie za dużo,limit powinien być o połowę mniejszy. Po drugie strefy - hehe, po co?! Nikt tego nie pilnuje, każdy ustawia się i tak jak chce. Przede mną była cała masa osób, które biegły środkiem w tempie wolniejszym niż 6min/km, a kiedy chciałam kogokolwiek wyprzedzić, otrzymywałam bolesne uderzenia łokciem w żebra. Biegacze ze strefy 55< zajmowali miejsca przede mną, rozumiem, że ktoś mógł podać słaby czas, a teraz chce się poprawić, ale mając wynik z rzędu 1h, jak można pchać się o 3 strefy do przodu?
Czuję wielki żal i rozgoryczenie. Pozostało mi się pogodzić z porażką i jeszcze poćwiczyć, może to jeszcze nie czas? Jedno wiem na pewno, nie poddam się! Wystartuję w mniejszym biegu. Gdzieś, gdzie na trasie wystarczy miejsca dla każdego. Udowodnię sobie, że potrafię, a to co działo się wczoraj niech będzie lekcją pokory.

11/06/2013

Wielkie odliczania

Źródło:  http://www.mmtrojmiasto.pl/431570/2012/11/12/bieg-niepodleglosci-gdynia--zdjecia?category=sport  
Do startu w Gdyni pozostało 5 dni, a więc nie pozostaje nic innego, tylko odpoczywać. Na wczorajszym treningu zrobiłam ostatnie serie szybkościowe, a przede mną w tym tygodniu tylko kilka spokojnych kilometrów. Takie wyciszenie sprawia, że w głowie zaczynają się kłębić różne myśli i tak na zmianę wizja sukcesu przeplatana z myślą o porażce. Co ma być to będzie, co było dobrze to się cieszę, a błędów, cóż, już nie naprawię. Szczerze mówiąc, najbardziej boję się pierwszych kilometrów, obym nie dała się ponieść. Kilka razy na treningu wyrywałam się osiągając tempo 4:12/km, kiedy zakładane było o 18 sekund wolniejsze, co było przy kolejnych odcinkach? Oczywiste, język na brodzie i spadek prędkości.
1. NIE DAĆ SIĘ PONIEŚĆ, tak to jest punkt pierwszy do zakodowania w głowie.
Pod względem technicznym myślę, że jestem przygotowana. AKB'owy strój gotowy, ścigacze już czekają, przyjaciel Garmin również w gotowości.
Już dawno tak się nie stresowałam, serducho przyspiesza na samą myśl o poniedziałku. Niech on w końcu nadejdzie, bo zwariuję!

10/30/2013

Deja vu?

Kolejna sobota się zbliża, a ja mam zaległości z poprzedniej. O czym takim jeszcze nie wspomniałam? O Kolbudzkiej "10"!

Poranek zaczął się rutynowo jak to bywa w dni zawodów, owsianka, miód i dżem - standard! Mimo, że do Kolbud jedzie się ok. 30 minut, postanowiłam wyruszyć nieco wcześniej, tym bardziej, że jechałam sama, a w domu już mi się nudziło. Po przybyciu kolejna rutynowa czynność, odebranie numeru, przebranie się (ostatni raz w tym sezonie bezrękawnik AKB Lidzbark Warmiński), rozgrzewka i o 12:30 nadszedł czas na ustawienie się. Trasa zapowiadała się, hmmm... ciekawie. Szczerze mówiąc chciałam pobiec dobrze, nawet bardzo dobrze, jednak organizatorzy ostudzili mój zapał. Trzeba było puknąć się w głowę i przypomnieć sobie, że startem docelowym tego sezonu jest Bieg Niepodległości.
Małe opóźnienie i ruszyliśmy. Na początek dostaliśmy trochę asfaltu, całkiem przyjemnie się biegnie, gdy nagle na drugim kilometrze oczom ukazuje się pokaźna górka. To dopiero początek, a oddechy biegaczy już ciężkie, wcale nie ma się co dziwić, taki podbieg każdemu dałby w
kość. Gdy udaje się uporać i wdrapać na szczyt, wbiegamy do lasu. Profil trasy mówił, że tutaj już będzie płasko, jeszcze przed startem pomyślałam, że może być całkiem przyjemnie. Oj, jak się pomyliłam, po nocnych opadach wcale nie jest tak lekko.Cała sterta mokrych liści sprawia, że wkładam w bieg dużo siły, a jaki jest tego efekt? Mam wrażenie, że stoję w miejscu! Dodatkowo kałuże na całą szerokość ścieżki i wystające korzenie, miejscami trzeba naprawdę zwolnić, aby nie nabawić się kontuzji. Co jakiś czas zrównuję się z zapoznanym w biurze zawodów biegaczem, wymieniamy kilka zdań, aż w końcu kolega mówi, że według niego jeszcze tylko 1,5 km zostało, mój Garmin mówi, że dotychczasowy dystans to 7.88 km. Przez głowę przechodzi mi myśl, że może mój GPS się pomylił, w końcu biegniemy w lesie, więc to nic dziwnego. Ale nie, nie tym razem! Po minięciu 1,5 km i tablicy "9km" dobiegamy do kolejnej! Na trasie na 10. km zamiast mety pojawia się tablica! A więc gdzie koniec? Na szczęście niedaleko, bo niecałe 500 metrów. Dobiegam do mety po 49 minutach, jestem już nieco zmęczona i trochę zawiedziona
Biegowa rodzina
szczerze mówiąc, jednak co się okazuje? Znów jestem w czołówce, tym razem zepchnięta o jedną pozycję, jednak jest miejsce pucharowe w klasyfikacji open kobiet! Kolejny raz wracam z pucharem do domu, z dumą wsiadam z nim do autobusu i całą drogę trzymam moje trofeum na kolanach! :) A teraz ostatnie 2 tygodnie treningów i w końcu TEN dzień!
Do Biegu Niepodległości pozostało TYLKO 12 dni i AŻ 12 dni do zakończenia wyzwania żywieniowego, przekąsiłabym coś słodkiego.




10/21/2013

Wspomnienie weekendu, czyli Żukowska "15"

fot. Daniel Czaja
Gdy emocje już nieco opadły, nadszedł czas, aby podzielić się z wrażeniami z soboty, czyli z Żukowskiej "15". Start zaplanowany był dopiero na godzinę 12:30 w miejscowości Przyjaźń, więc wczesne zrywanie się z łóżka nie było konieczne. Szczerze mówiąc noc przebiegła wyjątkowo spokojnie (w przeciwieństwie do nocy przed II Biegiem Oliwskim). Główną przyczyną zapewne był fakt, iż zamierzałam przebiec treningowo. Na 3 tygodnie przed startem docelowym nie powinnam się narażać na kontuzje i przemęczenia. Cel jest taki, aby 11. listopada być wypoczęta.
Do Przyjaźni dojechaliśmy z Piotrkiem jeszcze przed godziną 12, w kolejce po numer startowy spotkaliśmy Michała. Pogoda nie rozpieszczała, słupek rtęci oscylował w granicach 5 kresek. Pozostawienie kurtki z samochodzie należało do jednej z najtrudniejszych czynności. Ale kiedy numer startowy znajdował się już na piersiach, na nogach "ścigacze", a na zegarkach dochodziła 12:30 oznaczało to jedno - czas się ustawiać. Zazwyczaj na takich mniejszych staję gdzieś bliżej czołówki, tak ok. w 3 linii, jednak nie tego dnia. Tym razem ustawiłam się bliżej końca, wiedząc, że zbyt duża ilość wyprzedzających mnie biegaczy, może spowodować, że obudzi się we mnie chęć rywalizacji i zacznę przyspieszać, a tego nie mogę zrobić, szczególnie na pierwszych 2 kilometrach. Dopiero od 3. km miałam prawo przyspieszać i trzymać tempo do 10. tysiączka. Jakie były plany na ostatnie 5 kilometrów? Albo kontynuować bieg na wyższych obrotach albo po prostu truchtać do mety. Co wybrałam? Wszystko po kolei.

Zanim zaczęło się odliczanie, padło pytanie "Czy wszyscy są?", nastała cisza, więc chyba wszyscy
Serdeczne podziękowania dla pana Bartłomieja z Gdyni
są. I tak 10...9...8...7...6...5...4...3...2...1... RUSZAMY! Mimo, że jestem w końcówce to jest sporo osób, które mnie wyprzedzają, próbuję odwracać od tego swoją uwagę, wiele razy spaliłam się na starcie, np. w Przodkowie, kiedy na pierwszych kilometrach notowałam czasy rzędu 4:20, a do mety dobiegałam z językiem na brodzie. No i przecież ja dzisiaj biegnę treningowo, a w planie mam jasno napisane, że początek spokojny. Już na początku widzę, że byli którzy jednak dali się ponieść, na 1. km mijam pana, który  musi przejść do marszu. Ja kontynuuję bieg, ale z niecierpliwością czekam do, aż na Garminie pojawi się komunikat, że okrążenie drugie dobiegło końca. Czekam, czekam i w końcu nastaje upragniony moment. Wtedy podnoszę kolana nieco wyżej, wybiegam bardziej na środek jezdni i nareszcie to ja wyprzedzam. Mijam sporą grupę biegaczy, wśród nich panią, która okazała się być najstarszą biegaczką. Po kilkuset metrach dobiegam do pana w charakterystycznej zielonej koszulce. Raz on wyprzedza mnie, raz ja go. Trzymamy się tak ok 1,5 kilometra, kiedy dobiega do nas kolejny zawodnik z numerem 77. Wtedy lecimy we trójkę, nie ukrywam, że kiedy panowie są z przodu biegnie mi się nieco lżej, gdyż chowają mnie od wiatru, a ten jest wyjątkowo bezlitosny. Nie pomaga szczególnie na podbiegach. Do pierwszego punktu z wodą dobiegamy razem (6.km), ale tuż za nim naszym oczom ukazuje się całkiem spora górka, tam jeden z moich kompanów jednak zostaje w tyle. Wcale się nie dziwię, gdyż i mnie dopada ból w udach, jedyne co robię to po prostu biegnę z pochyloną głową, nie chcę patrzeć przed siebie, bo szczytu nie widać. W końcu się udaje i najtrudniejszy moment tego biegu za nami, jednak tempo spadło aż do 5:07, kiedy planowo miałam biec po 4:35. Już wtedy rodzi się w mojej głowie myśl, że jednak po 10. km nie zwolnię, będę biec i nadrabiać starty z podbiegów. Kolejne kilometry mijają, a my ciągle biegniemy razem, mimo iż biegniemy ramię w ramię nie wymieniamy ze sobą ani jednego słowa. Wymijamy po kolei wszystkich, którzy nam się nawinął, oj jakie to cudowne uczucie, mieć siły, aby gnać do mety. Nie powiem, że jestem totalnie świeża, ale nie mam powodów, aby narzekać. Nie kontroluję pozycji, nie mam pojęcia ile kobiet jest przede mną, ale
6 najlepszych kobiet!
kiedy na 11.km wyprzedzam panią z teamu BBL myślę sobie, że chyba jest całkiem nieźle. Przed sobą w zasięgu wzroku mam jeszcze tylko jedną dziewczynę, spokojnie, bez zrywów w końcu doganiam także ją. Ona jednak jest jedyną osobą, która podejmuję walkę, jej towarzysz zachęca ją do rywalizacji. Oddech dziewczyny jednak wskazuje na jej zmęczenie, chcąc pokazać, że ja mam siłę (chociaż już zaczynam słabnąć, ale w żaden sposób nie chcę pokazać tego swojej rywalce) przyspieszam, a tempo na tym kilometrze wynosi 4:23. Do mety już mamy bardzo blisko, mogę się trochę wysilić, mój "zając" również dodaje otuchy. Przez kilka minut słyszę jeszcze ciężki oddech rywalki, a to skłania mnie do utrzymywania tempa. Trasa również przestaje być wymagająca, na ostatnich 4 kilometrach podbiegi zmieniają się w zbiegi, a wiatr, który przez 3/4 trasy wiał w twarz, teraz dmucha nam w plecy. W końcu wracamy z wycieczki krajoznawczej do
Zdolni Sawicze
Przyjaźni, a tam ostatni zakręt i niespodziewanie meta, choć liczyłam jeszcze na co najmniej 500 metrów biegu. Szczęśliwa przekraczam linię i w końcu mogę podziękować mojemu towarzyszowi - panu Bartłomiejowi :) Z dwoma medalami na szyi i ogromnym uśmiechem na twarzy spotykam brata, a ten informuje mnie, że chyba w Open zajęłam całkiem niezłą pozycję, aby zweryfikować tę informację, udaję się do stolika przy mecie i proszę o sprawdzenie, chłopak odpowiedzialny za wyniki sprawdza na liście i okazuje się, że jestem 5! To oznacza, że dostanę puchar, gdyż pierwsze 6 kobiet jest nagradzane! :-) Super sprawa! Nie dałam się ponieść na początku, gnałam w końcówce i zostałam tak wyróżniona. Cudowne uczucie, kiedy następuje dekoracja, a organizator wyczytuje, że wśród najlepszych kobiet tego biegu znalazła się "Monika Sawicz z Lidzbarka Warmińskiego". Nie jednokrotnie nazwisko "Sawicz" zostało wyczytane, gdyż mój brat również stanął tego dnia na podium :) No cóż, rodzeństwo nie tylko na medal, ale również na PUCHAR! :)









10/18/2013

Wyzwanie rozpoczęte

Już się nie przydadzą.
Źródło: https://mcdonalds.pl/kupony/fb/facebook_ver/kupony1.jpg
Ostatnio mój brat na swoim blogu (biegaczzpolnocy.blogspot.com) wspomniał o pewnym wyzwaniu żywieniowym. Polega na tym, aby do 11. listopada nie jeść słodyczy ani jedzenia śmieciowego. Powiem szczerze, że przeczytałam, przeanalizowałam i odrzuciłam tę propozycję, jakoś nie poczułam tego klimatu, bo niby po co mam się ograniczać? Przecież nie jestem gruba, na zdrowie też nie narzekam. Ale myślenie zmieniło mi się dzisiaj rano, kiedy na facebook'u dostałam zaproszenie do tego wydarzenia.Ot, taki impuls, jeszcze raz się zastanowiłam i tym razem w głowie zaświeciła się żaróweczka "Czemu nie?", nic mi się nie stanie, a może być ciekawie :) Warto poćwiczyć swoją niestety słabą silną wolę. I tak o to pisząc tę notkę, zajadam się jabłkiem, a z kuchni dobiega do mnie zapach rosołu, pierwszy raz w swoim życiu gotuję rosół! Zniżki z McDonald's wyrzucone, bo póki co nie pójdę na lody ani na McWrapa :) Czekolada po zbadaniu jakości również znalazła się w barku, a niech leży i kusi, nie dam się jej! A nóż uda się zrzucić kilka kilogramów i zyskać na
szybkości, kto wie, kto wie. 
 
Wyzwanie wyzwaniem, ale jutro zawody! Trzeba się naładować, więc na kolację planuję zjeść makaron z truskawkami, uwielbiam! Trochę energii na pewno się przyda, chociaż planuję pobiec jutro treningowo. Ba! Początkowo miało to być moje spokojne wybieganie w tempie 5:50/km, ale szczerze wątpię czy dałabym radę aż tak się powstrzymywać. Zrealizuję sobotni trening i na początku rzeczywiście delikatnie potruchtam, a później przyspieszę. Jak to wszystko wyjdzie? Zobaczymy już jutro :) Nie mogę się doczekać!





10/15/2013

II Bieg Oliwski

Przeprowadzka i powrót na studia spowodowały ogromne zaległości na blogu. Dziś w końcu mam chwilę, aby usiąść przed komputerem i opisać, co prawda nie wszystkie treningi, lecz niedzielne zawody, a mianowicie II Bieg Oliwski.

Dzień rozpoczął się przed godziną 8, nadmiar emocji spowodowany startem w zawodach zaserwował wiele pobudek w ciągu nocy, więc gdy nadeszła pora na wstawanie, ochoczo podniosłam się z łóżka, aby przygotować sobie śniadanie mistrzów! Uwielbiam te przedbiegowe posiłki. Kiedy żołądek był pełny, a torba spakowana, mogliśmy wyruszać. Tego dnia towarzyszyli moi najwspanialsi kibice - Szymon, Karolina, Agnieszka, którzy ten niedzielny poranek postanowili spędzić razem ze mną. Wstali z łóżek, aby mnie dopingować, nie ma nic lepszego na świecie niż takie wsparcie. :) Za co im z całego serca dziękuję! Start zaplanowany był na godzinę 12, my na miejscu zjawiliśmy się przed 11, a więc miałam czas na spokojne przygotowanie się i rozgrzanie. Mimo iż miejsce nie zmieniło się w stosunku do roku poprzedniego to cała aura jak najbardziej. Stworzone zostało mini miasteczko biegowe. To już nie budka, gdzie mieściło się biuro i jeden namiocik, przy którym wydawano posiłki regeneracyjne. Tym razem na polanie rozstawione zostały namioty sponsorów i stoły dla biegaczy. Meta to nie po prostu napis na zużytym plakacie, a dmuchana brama jak na wszystkich biegach. Było czuć klimat zawodów, a nie truchtanie w większej grupie. Ponadto w tym roku nie biegliśmy tylko dla siebie, trasę pokonywaliśmy dla 19letniego Kamila, który choruje na białaczkę. Utkwiły mi słowa organizatorów, którzy chwilę przed startem powiedzieli "Jeśli na trasie dopadnie was kryzys i pomyślicie, że już nie dajecie rady, pomyślcie o Kamilu, on walczy z chorobą każdego dnia". Takie słowa niesamowicie motywują i kryzys typu kolka staje się niczym.

Z przyczyn technicznych start został nieco opóźniony, ponadto dowiedzieliśmy się, iż trasa licząca według wcześniejszych założeń 10km jest o prawie 2000m dłuższa. No cóż, powiedziało się "a" trzeba powiedzieć "b".  Chwilę po 12 mogliśmy stawać na linii startu, wspólne odliczanie i o 12:17 w końcu naciskam "START"! Przebiegamy przez boisko KS Olivia i wybiegamy na ulicę Kościerską, trochę asfaltu i wbiegamy na parking, aby pohasać nieco po trawce. Widzę przed sobą sporą grupę biegaczy, ale nie myślę ani o doganianiu kogokolwiek ani o ściganiu się. Plan jest prosty pokonać 10km w tempie 4:24-4:30/km. Pierwszy kilometr i Garmin mówi o tempie 4:42, "to nic" myślę sobie, przecież mam 2km od organizatorów na roztruchtanie. W końcu wbiegamy w las i tam mój przyjaciel GPS wariuje. W nogach czuję moc, na podbiegach więcej wyprzedzam niż daje się wyprzedzić, a Garmin mówi, że kilometr zajął mi 5 minut 25 sekund. Uświadamiam sobie, że to totalnie nie możliwe, a mój kompan zwyczajnie się pogubił w lesie, więc słuchanie go nie ma żadnego sensu, mogę się tylko niepotrzebnie stresować. Na 3. km mijamy zwierzęta, lamy i wielbłądy są bardzo zainteresowane naszym widokiem i bacznie nas obserwują. Pecha mają zwiedzający, którzy stoją z drugiej strony wybiegu. Kiedy czuję, że jest dobrze dobiega do mnie głos zmęczenia, wiem jak bardzo wyprowadza mnie to z równowagi, więc postanawiam, że tego dnia nie dam się wybić z rytmu i uciekam. Garmin mówi, że tym razem przebiegliśmy tysiączek o 25 sekund szybciej, jednak i tak mu nie ufam. Musi jeszcze popracować na odzyskanie mojego zaufania. Dotychczasowa trasa to same zbiegi i podbiegi, o płaskiej asfaltowej powierzchni nie ma mowy. Są to niecodzienne warunki dla mnie, ale niewątpliwie ciekawe. Po 4. kilometrze część biegaczy odbija w stronę mety (jest to grupa, która zdecydowała się na bieg na dystansie ok.5km), my jednak biegniemy w przeciwną stronę. Ciekawa ciągle jestem Wzniesienia Marii, którym straszono nas przed startem.  Zanim do niego dobiegamy mamy do pokonania kilka pagórków, w międzyczasie ktoś na mój widok mówi "3 kobieta", szczerze mówiąc nie byłam tego świadoma, od początku nie pilnowałam pozycji, a więc ta informacja była miłym zaskoczeniem. Nogi już nieco czują zmęczenie, jednak każdy podbieg kończy się zbiegiem i mimo iż totalnie nie radzę sobie, nie umiem poprawnie technicznie zbiec, nie tracąc pozycji to moje nogi nieco odpoczywają. No i po 6.km skręcamy w lewo i zaczyna się wspinaczka! 7. km to bieg pod długą krętą górę, aby nie czuć, że coś mnie boli myślę o momencie wbiegnięcia na metę. Wiem, że czekają tam moi bliscy i dla nich chcę jak najszybciej pokonać trasę, w końcu na zewnątrz jest zimno, więc nie mogę dopuścić, aby za bardzo zmarzli. To nieczyste zagranie z lewą półkulą okazało się skuteczne, ani razu nie usłyszałam głosu "Zwolnij, zatrzymaj się", wręcz przeciwnie chcę gnać. Po wdrapaniu się na szczyt nadszedł czas na "zejście" z niego. Jest to niesamowicie niebezpieczne, przynajmniej dla mnie, gdyż jak już wspomniałam nie umiem radzić sobie sprawie z takimi odcinkami trasy. Wystające korzenie sieją strach i przed oczami ukazują się wizje upadku i kontuzji, lepiej zwolnić niż zrobić sobie krzywdę. Zbieg mimo, że długi to w końcu się kończy, a my po niedługim czasie wybiegamy z lasu. Wtedy zaczynam wierzyć w dane z Garmina, który mówi, że 9.km pokonuję w 4 minuty i 19 sekund, czyli jest dobrze, a nawet za szybko. Ale do mety już tak blisko, zaraz będę świętować z bliskimi mi ludźmi, zaraz przy nich będę, na mojej szyi zawiśnie piękny medal. Na kolejnym kilometrze zahaczamy już o trasę biegu minionej edycji, wiem już gdzie jestem i kiedy cieszę się 3. miejscem z zza pleców wybiega mi drobna krótkowłosa sylwetką, niestety to kobieta... Nie wiedzieć czemu nie podejmuję walki o pozycję,
może to już zmęczenie. Jednak kiedy wybiegam na ostatnią prostą i widzę 3 znane mi postacie siły powracają i na metę wpadam po 51minutach 58sekundach. Dystans według Garmina to 10.75km, jednak z całą pewnością twierdzę, iż pomylił się on i organizatorzy byli bliżsi prawdy mówiąc, że było to 12km. Ostatecznie na dekoracji okazuje się, iż   na 3 pozycji w kategorii 16-39 lat plasuje się MONIKA SAWICZ Z LIDZBARKA WARMIŃSKIEGO, otrzymuję statuetkę, która przypomina swoim kształtem dom pingwina, na szyi zawisa mi śliczny medal, a ten dzień przypomina piękny festyn rodzinny. Bardzo miłym zaskoczeniem okazuje się upominek od sponsora, Dr.Oetker'a. Ponadto to mój numer startowy -173, okazuje się szczęśliwy w losowaniu i otrzymuję kubek od Radia Gdańsk oraz kawę. Na koniec McDonald's w nagrodę i powrót do domu. Ten dzień utkwi mi na długo w pamięci również ze względu na moich towarzyszy, rzadko mam swoich kibiców, ale uczucie, że oni są i mnie wspierają jest jedno z najpiękniejszych! :)







9/28/2013

Na półmetku

Zauważyłam wzrost wyświetleń bloga, więc domniemać mogę, iż więcej osób czyta moje biegowe perypetie. ;) Super, motywuje mnie to do pisania!
Z dniem jutrzejszym zakończę 6. tydzień przygotowań do Biegu Niepodległość, a jeszcze drugie tyle przede mną, a póki co....


Ostatnie treningowe dni sprawiają mi wiele radości! Nie, żeby wcześniej było źle, ale teraz jest wręcz rewelacyjnie! Na czwartek miałam zaplanowane 15 km w tempie 5:50 z 4 szybkimi setkami. Od samego początku biegło się niesamowicie lekko, wolne biegi pozwalają mi nieco bardziej skupić się na sylwetce i korygowaniu błędów. Totalnie zapomniałam o tempie, leciałam przed siebie, prostując się co i rusz, aż tu nagle po pierwszym kilometrze okazuje się, że biegnę o 42 sekundy za szybko. Próbuję zwolnić, ale zwalnianie do planowanego tempa męczy mnie nieziemsko. Nie chcąc psuć sobie treningu postanawiam dać nogom "wolną rękę" i pozwolić się nieść. ;) Trasa dopasowana do zaleceń na spokojne biegi, czyli sporo górek i pagórków. Okrążając Jezioro Wielochowskie mam sporo czasu na przemyślenia, w przyszły weekend w Lidzbarku jest
II Lidzbarski Bieg Przełajowy, jednak plan mówi jasno, nie 5.10 mam się sprawdzić, a tydzień później. Więc nie ma mowy, nie wystartuję. I tego dnia naprawdę żałuję, w końcu nigdzie nie biega się tak dobrze jak w rodzinnym mieście, jednak sobotni trening trochę zmieni moje podejście do tych zawodów, ale po kolei. Rundka wokół jeziora to jednak za mało kilometrów, muszę więc kilka dołożyć i do domu wracam przez Astronomów, czyli chcąc skończyć pod domem muszę jeszcze przebiec przez miasto. Ostatecznie pod furtką mam w nogach 14km 877m, a czas potrzebny na pokonanie tego dystansu to 1:19:13, więc średnie tempo wyniosło 5:19. Po treningu trzeba jeszcze trochę rozciągnąć rozgrzane mięśnie i czekać na sobotę, aby znów pobiegać. :)

I tak po wolnym piątku, czas na treningową sobotę. Co jest priorytetem dzisiejszego latania? 3x8minut po 4:30. Wychodzę z domu o 8:30, wcześniej wyliczyłam, że trening zajmie mi około 62min, więc powinnam zdążyć na lidzbarski stadion na zajęcia Biegam Bo Lubię. Po rozgrzaniu mięśni przystępuję do działania, ścieżka rowerowa staje się moją bieżnią. Z każdym kolejnym odcinkiem czuję się coraz pewniej, a przerwy które je dzielą wydają mi się okropnie długie, ale zdaje się, że ten odpoczynek jest w takich treningach kluczowy, więc w żaden sposób go nie skracam, robię jak każą. Po wykonaniu swojej roboty, pędzę na stadion, a tam? Pustka! Przynajmniej na początku tak mi się wydawało, jednak bardzo się nie mylę. Na stadionie wraz ze mną zameldowało się dzisiaj 6 biegaczy. Dołączam do już truchtającej grupy, padło hasło, aby przebiec jedną pętle (czyli 5km) z przyszłotygodniowych zawodów, "super" myślę sobie, ale zanim wypuścimy się w teren standardowe kilka chwil dla mięśni. Gdy nogi, ręce, szyja i wszystko inne jest rozciągnięte możemy lecieć na przełaje, oj prawdziwe przełaje! Początek trasy błotnisty, zamiast butów do biegania polecane są gumaczki ;) Jednak odcinek ten nie jest długi i po chwili znajdujemy się na leśnej ścieżce, jest płasko, więc można by pomyśleć "rewelacja". Biegniemy przed siebie, rozmawiamy i tak pokonujemy 2km, w końcu przebiegamy koło gospodarstwa, a tam witają nas 2 duże psy, które wcale nie są mile do nas nastawione. Na szczęście bez ofiar udaje nam się przemknąć przy "szczeniaczkach". Trasa wydaje się nie być zbytnio wymagająca, podbiegi, które pokonujemy są dla każdego. Wybiegamy na asfalt, więc jak dla mnie w ogóle rewelacja. Ale to nie koniec pętelki, przygoda z asfaltem szybko się kończy. Znów wbiegamy w las, "na dzień dobry" wita nas górka, wbiegamy, trzymając się szlaku, skręcamy w prawo, a tam... ogroooooomna góra! Wbiec na nią to nie lada wyzwanie, ja się poddaje i postanawiam wejść, gdy w końcu jestem na szczycie okazuje się, że to nie koniec, bo przecież skoro jesteśmy na szczycie to jeszcze musimy znaleźć się na dole, zbieganie to nie jest moja mocna strona, szczególnie, gdy jest tak stromo.Udało się zbiec, a nie sturlać i bez kontuzji, po kolei meldujemy się na dole. Przed nami jeszcze ok. kilometr do naszej mety, a półmetka dla zawodników. W końcówce spotykamy się z jeszcze jednym stromym zbiegiem, który wita nas przy samym stadionie. Na koniec kilka ćwiczeń i rozchodzimy się do domów.
Moje odczucia, co do II Lidzbarskiego Biegu Przełajowego nieco się zmieniły, jednak cieszę się, że tydzień później będę się sprawdzać, gdyż tempo w jakim muszę przebiec swój sprawdzian mieści się w przedziale 4:24 - 4:30, a na tej trasie jest to nie do osiągnięcia (dla mnie:) ), nie znając trasy na pewno bym się na taki bieg nastawiała, a po wszystkim tylko bym się denerwowała.
Z drugiej jednak strony szkoda, że nie pobiegnę. Fajna zabawa mnie omija, bo tylko w kategorii zabawy mogłabym potraktować te zawody. Bądź, co bądź nie ma miejsca jak dom i zawody w rodzinnym mieście. A za startujących BBL'owiczów i AKB'owiczów będę mocno trzymać kciuki :) Ale póki co rozgrzewam kciuki do zaciskani przed jutrem! Za grupą Lidzbarczan startujących w 35. Maratonie Warszawskim oraz za mojego brata, który maratoński dystans pokonywać będzie w Berlinie!






9/26/2013

Recepta na zdrowie? Bieganie!

Ubiegłoroczna edycja I Biegu Oliwskiego
Wirusy atakują! Otaczają mnie w większości przeziębieni ludzie,którzy "ciągają" nosem, skarżą się bóle mięśniowo-stawowe, dokucza im ból gardła i podwyższona temperatura ciała i choć zarazić się nie jest trudno to pochwalić się mogę, że mi od 2 lat takie dolegliwości nie są znane (obym nie powiedziała tego w złą godzinę). To chyba nie jest przypadek, że od 2 lat biegam :) I to jest moja recepta na zdrowie! We wczorajszym wydaniu wiadomości radiowych padło stwierdzenie, że wystarczy pół godziny kilka razy w tygodniu truchtu, marszobiegu, aby wzmocnić organizm. Podpisuję się pod tym obiema rękami i nogami! Według mnie łatwiej jest poświęcić trochę czasu na świeżym powietrzu niż później zmarnować tydzień w łóżku, faszerując się "chemią". Sama już nie mogę się doczekać, kiedy będę przemierzać sopockie szlaki, morska bryza, cisza poranka, ja i moje bliźniaki :) Już niedługo! Póki co przemykam ulicami Lidzbarka.
I tak oto na ostatni wtorkowy trening zaplanowane miałam 2km rozruchu, aby później biegać 5x5min  w tempie 4:20, czyli około 1155m do przebycia w jednej sesji. Szczerze mówiąc nieco stresują mnie takie treningi, ponieważ nigdy nie jestem pewna czy podołam. I niestety, pierwszy akcent szybkościowy nieco wolniejszy niż wynika z założeń, po
Smakowita nagroda :)
pierwszym kilometrze moje tempo biegu wynosi 4:27, a w pozostałe 33 sekundy pokonuję 139 metrów. 3,5 minuty czynnego odpoczynku i czas znowu przyspieszać. Tym razem jestem w pełni sił i śmiało przebiegam 1190 metrów, moje samopoczucie się poprawia i odzyskuję wiarę w siebie. Być może pomógł deszcz, a może był to pewien pan na rowerze, który na mój widok krzyknął "dobrze, przynajmniej twardzi jesteśmy!", jak już wspomniałam niewiele mi potrzeba, aby zmotywować się do wykrzesania z siebie więcej siły. Pan pojechał w swoją stronę, ja podążyłam przed siebie i po kolejnej przerwie, znowu czas na mocniejszy akcent. Ulewa rozpętała się na dobre, zmoczyło mnie niemiłosiernie, ale w czym miałoby mi przeszkadzać takie orzeźwienie? Wręcz mi to pomaga i kolejny odcinek to znowu mocniej niż trzeba i po 5 minutach Garmin melduje, że przebiegliśmy 1189m. Cieszę się do siebie, chociaż wiem, że jeszcze musi wystarczyć mi sił na kolejne 2 akcenty. W ciągu przedostatnich 300 sekund pokonuję 1158 metrów, a ostatni odcinek mierzył 1134m . Nie zawsze udaje mi się wybiegać tyle, ile trzeba, jednak nie poddaje się! Przygotowuję się, aby w 11 listopada w Gdyni pobiec jak najlepiej! :) Już 13 października II Bieg Oliwski, a mój plan zakłada, że właśnie w ten weekend potrzebuję się sprawdzić - okazja idealna, a w ubiegłym roku za 2 miejsce w kategorii otrzymałam nietypową statuetkę, niezwykle praktyczną, którą był Chleb Oliwski :) Mile wspominam bieg, więc dokonam wszelkich starań, aby zdążyć z zapisami i w tym roku również wystartować.


9/18/2013

Lidzbarczanie doceniają bieganie

Najnowsze ścigacze-motywatory
Jakże przyjemnie biega się po lidzbarskich szlakach! A to wszystko za sprawą uprzejmych przechodniów/kierowców/kolarzy :) Ostatnio spotykam się z samymi miłymi gestami, za co wszystkim serdecznie DZIĘKUJĘ. Podczas niedzielnego treningu, kiedy biegłam za Lidzbarkiem w stronę Laudy zatrzymał się samochód, a kierowca schylił głowę i bił mi brawo, powiem szczerze przysporzyło to mi tyle szczęścia, że uśmiech przez kilka kolejnych kilometrów nie schodził mi z twarzy. Ale to nie wszystko w tym tygodniu również lidzbarczanie mnie motywowali, akurat po 2-kilometrowym roztruchtaniu zaczynałam pierwszy mocny odcinek, gdy mym oczom ukazał się pan z podniesionym kciukiem i przywitał słowami "Tak trzymaj!", podziękowałam i poleciałam dalej ciesząc się sama do siebie, ale to nie koniec motywacji tego dnia, skoro mile przywitano mnie na "bieżni" między Lidzbarkiem a Wielochowem to również podczas 6. tysiączka, czyli ostatniego mocniejszego akcentu tego dnia, pożegnano mnie niemniej sympatycznie, a zrobiła to tym razem płeć piękna jadąca na rowerze :) Na prawdę zwykłe "brawo" wystarczy, aby wykrzesać ze mnie takie pokłady energii, o jakich sama nie mam pojęcia. :) Jeszcze raz dziękuję wszystkim!

Wracając już do biegania,no więc plan na miniony tydzień nie wymagał ode mnie zbyt wiele:
  • wtorek - spokojne 12 km
  • czwartek- 8, jednak nieco szybszych, tysiączków
  • sobota to oczywiście BBL, ale zanim kilkanaście kilometrów rozbiegania
  • a na koniec tygodnia znów spokojne 10 km 
Szczerze mówiąc ciężko wychodziło mi się na treningi, gdyż w głowie ciągle była myśl, że jeszcze muszę się uczyć, ponieważ w poniedziałek miałam jeszcze jeden egzamin, jednak ta chwila na treningach na tyle odświeżała mój umysł, że udało się i zdałam! Zasłużyłam więc na nagrodę! A jaki jest najlepszy prezent dla biegacza? Masa różnych :) Jednak ja sprawiłam sobie nowy motywator, czyli nowe buty, do mojej kolekcji dołączyły super ścigacze - Adidas Adizero Tempo 5! Mamy za sobą pierwszy trening i na chwilę obecną mogę powiedzieć, że są rewelacyjne :) Oby tak dalej, a życiówki będziemy zdobywać.

9/07/2013

Witaj Polsko!

Wróciłam! W końcu jestem w Polsce, w domu, w Lidzbarku :) Co prawda dokładnie tydzień temu przyjechałam, więc już mam w nogach treningi na lidzbarskiej ziemi, ale nie tylko lidzbarskiej. Po 8 tygodniach pracy należał się odpoczynek, błogie nic nierobienie - wybraliśmy morze :) Ale w czasie realizacji planu nie ma mowy o wolnym od biegania. Tak więc wtorkowy trening odbył się na trasie Jantar - Stegienka. Jak przywitało mnie morze? Wietrznie! Część zasadnicza treningu to 5x5 minut w tempie 4:20, o ile 3 pierwsze odcinki przebiegły idealnie, tak 2 ostatnie należały do nieco słabszych. Siła wiatru mnie pokonała, zdarza się, że przyjemny wiaterek jest moim kompanem, jednak ten okazał się przeciwnikiem! Po części zasadniczej rozbieganie i powrót do pensjonatu, a w pokoju już czekało na mnie pyszne śniadanie. Co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem? Wyjść na spacer i to nie byle jaki, bo aż 15-kilometrowy. Aktywny odpoczynek to jest to, co lubię!
Cóż szykował plan na kolejny dzień treningowy? Nic trudnego, sama przyjemność, spokojne 15 km, a że było spokojne to szczerze mówiąc nie mam nic konkretnego do opisania.
Dzisiaj działo się już więcej, gdyż część główna to 2x8 minut po 4:30/km. Udało się i byłam z siebie dumna. Na pierwszym odcinku po kilometrze Garmin wskazał idealnie trafione tempo co do sekundy. Drugi już nieco szybszy (11 sekund), ale do podkręcenia tempa zmotywowała mnie pewna pani, która pojawiła mi się na horyzoncie, po prostu chciałam ją przegonić, już długo się nie ścigałam, włączył się instynkt. :) W ramach roztruchtania udałam się na stadion na zajęcia Biegam Bo Lubię. Zawsze, gdy jestem w domu (tak, tak, wakacje nad morzem już dobiegły końca) rezerwuję ten czas na wspólne ćwiczenia z lidzbarskimi biegaczami. Do końca września zostaję w Lidzbarku, także z pewnością jeszcze 3 razy się tam pojawię. Zachęcam wszystkich lidzbarczan do wspólnego truchtania na stadionie - solidna dawka endorfin gwarantowana dla każdego! :)