11/26/2013

Sopot o poranku? Zachowaj ostrożność

Wczoraj spadł pierwszy śnieg, a dzisiaj nadszedł czas na pierwszy trening w zimowej aurze.
Kolejny raz umówiliśmy się z Michałem na wspólne bieganie i znów chwilę po godzinie 9 wciągałam już  odzienie (jedynie nieco cieplejsze niż ostatnio) i wyruszyłam w stronę wejścia nr 28.
Po wyjściu z bloku zauważyłam, że chodniki pokryte są topniejącym, białym puszkiem. Postawiłam pierwsze kroki i jakby trochę zaczęłam się chwiać. Nie przebiegłam 500m, a moja twarz znalazła się w kałuży, znów wywinęłam orła! Tym razem na środku ulicy, podczas próby ominięcia wody. Grunt pod nogami jednak okazał się śliski i padłam. Jako że leżałam na ulicy, podniosłam się szybko, aby nie znaleźć się pod kołami nadjeżdżającego samochodu. W moim bucie chlupało, nieco się zdenerwowałam, ale tak rozbawiłam przechodniów, że ich uśmiechy sprawiły, że i ja zaczęłam się z tego śmiać. Mokre buty, leginsy, kurtka to mało komfortowe warunki, nawet pomyślałam, że może wrócę do domu i chociaż zmienię buty, ale nie, przecież umówiłam się z bratem. Nie było najgorzej. Dobiegłam pozostałe 100m do deptaka, a tam po chwili zjawił się Michał. Polecieliśmy już standardowo w stronę Gdyni. Warunki wciąż niesprzyjające na sopockich szlakach, ale obeszło się już bez upadków. Po przekroczeniu sopocko-gdyńskiej granicy stały punkt trasy- schody, które z treningu na trening stają się coraz krótsze. W międzyczasie okazało się, że mój Garmin zaczyna płatać figle. Jakby przycisk "stop" przestaje reagować na moje polecenia. Nie podoba mi się i to bardzo, ale moja złość nie trwała długo. W końcu to trening, trzeba cieszyć się tą chwilą i to na tyle, że tym razem nie opuszczam brata tam, gdzie zawsze tylko postanowiłam sobie nieco wydłużyć tę przyjemność i odprowadzić go do Gdańska. Skończyłam swój trening z 11km i 533m w nogach, ale to nie był koniec, bo przede mną jeszcze 40 minut ćwiczeń ogólnorozwojowych. Już po 12 minutach miałam dosyć, ale jak już zaczęłam to musiałam też skończyć.A po wszystkim nadszedł czas na odpoczynek... no może jedynie odpoczynek fizyczny, praca licencjacka sama się nie napisze, ale dotyczy biegania, więc wierzę, że będzie dobrze. :)

11/24/2013

Wykończyłam go!!!

Mamy niedzielę, czyli u większości biegaczy Dzień Długiego Wybiegania ;) Tym razem i ja uczciłam go należycie. Już kilka dni temu umówiliśmy się z bratem, że na niedzielny trening wybierzemy się razem, a nawet planowaliśmy w większym gronie. Intensywnie zastanawiałam się jaki dystans będzie odpowiedni, Michał planował 30 km, wiedziałam, że aż tyle nie dam rady, prawie 8 miesięcy nie biegałam powyżej 20 km. Ale jako że mój brat postanowił najpierw zahaczyć o Brzeźno zanim dotrze do mnie to było to jak najbardziej w porządku, już na starcie miałam 7 km straty. Ruszyliśmy ze stałego miejsca naszych spotkań i jak zwykle skierowaliśmy się w stronę Gdyni. Koniec Sopotu, a przed nami pierwsza wspinaczka. Wbiegamy po schodach i z treningu na trening coraz sprawniej - jest siła! Następnie lecimy do orłowskiego mola, a tam natrafiamy na znak, który informuje, że jest to ślepa uliczka. Postanawiamy udowodnić, że dla nas nie ma ślepych uliczek. No i tutaj zaczyna się wspinaczka, już koniec z wbieganiem, bo grawitacja skutecznie mi to uniemożliwia i kilka razy zjeżdżam. Pomocne okazują się drzewa. Łydki dostają w kość, serducho wali, ale szczyt zdobyty, a przed nami  niesamowite widoki na okolicę. Krótka przerwa i lecimy dalej, tylko którędy? Pląsamy po lesie, aż w końcu znajdujemy się na "jakiejś" ścieżce. Nie mamy pojęcia gdzie jesteśmy, lecimy naprzód, żegnamy się z lasem, sprawdzamy nazwy ulic, ale żadna nam nic nie mówi, nie mamy pojęcia gdzie jesteśmy. Aż w końcu EUREKA Michał mówi, że minęliśmy Orłowo i znajdujemy się w Redłowie. Oj, trochę się zapuściliśmy. Trzeba zawracać, kierujemy się już w stronę Wrzeszcza. Zaplanowaliśmy, że tam przyjedzie do nas Pati i
pójdziemy na ciepłe pączki. Wybieramy sobie smaki. Waham się może toffi, może jagody? Pączki to zdecydowanie myśl przewodnia naszego treningu. Zagadujemy się, aż w końcu z powrotem jesteśmy w Sopocie. Tylko, co mówię Michałowi, że mam14,5 km, a za chwilę na wyświetlaczu mojego Garmina pokazuję się informacja, że tych kilometrów to już jest 17. Jest tak przyjemnie, że czas upływa w zawrotnym tempie. W Sopocie jesteśmy tylko chwilkę i już witamy się z Gdańskiem. Teraz już tylko dobiec do Wrzeszcza, tylko Wrzeszcz, a tam pączuszek, chyba jednak ten z jagodami, mmmm. Kręcimy się po Gdańsku, aby uniknąć stania na światłach. Przelatujemy przez Oliwę, w nogach już ok.20 km, a jakbym zaczęła słabnąć, już zostaję nieco w tyle, ale ciągle blisko brata. Dolatujemy do ul. Słowackiego, tam już jest tak blisko. Siły jakby zaczęły wracać, w końcówce nawet rzucam hasło "Kto pierwszy na pączka?" Pati już na nas czeka. Jesteśmy na miejscu! I co się okazuje? Pączkarnia zamknięta! :( Ajjj, jaki to wielki zawód. Ale trudno, następnym razem (tylko nie w niedzielę).
A do tego nie mogę sprawdzić swoich międzyczasów, bo mój Garmin gdzieś na 19. km zdechł! Wykończyłam go! Nie dał rady - padł! ;) Słabiutko, słabiutko! Ale trudno, ważne że my jesteśmy w dobrej formie i kończymy z uśmiechami na twarzy (no Michał może z półuśmiechem :P ).

Dzisiejszy trening dał mi trochę do myślenia. Ostatnio szykowałam się pod 10km. Nie miałam długich wybiegań. I chyba czegoś mi brakowało. Dzisiaj poczułam, że żyję. Było rewelacyjnie. Zaczęłam się zastanawiać nad jakimś półmaratonem. A może maratonem? Zarzekałam się, że porzucam Królewski Dystans na kilka lat, ale to chyba on daje mi najwięcej szczęścia. Przygotowania choć ciężkie, najbardziej satysfakcjonujące, a dumna nie do opisania. Do tego w letnim sezonie osiągałam lepsze czasy na krótszych dystansach, w nogach była moc!
Jeszcze się nie deklaruję, nie wiem, gdzie pobiegnę na wiosnę. Przemyślę to. :)

11/21/2013

Bieganie, rower, ćwiczenia, pływanie, czyli aktywny czwartek

Źródło: http://www.mojekonferencje.pl/obiekty/stadionLesny/photo04.jpg;
data pobrania 21.11.2013
Cóż to był za dzień! Piękny, ale wyczerpujący. Wszystko zaczęło się od porannej wiadomości od brata, czy może wspólnie pobiegamy. Nie wahałam się ani chwili, skoro ostatnio było tak świetnie to dzisiaj trzeba to powtórzyć. Chwilę po 9 dostałam sms'a, że Michał już wkłada buty, więc i ja zaczęłam się szykować. Po niespełna 20 minutach zwarta i gotowa, czekałam w stałym już miejscu naszych spotkań. Kilka ćwiczeń na rozgrzewkę i Michał już był. Standardowo polecieliśmy w stronę Gdyni, jednak już nie planowaliśmy zwiedzać gdyńskich rewirów. Plan był taki, że robimy trening i kończymy na Przymorzu, stamtąd wracam do siebie rowerem. Trening jak zwykle przyjemny, tempo jak najbardziej swobodne, więc i czas upływał niezmiernie szybko. Michał postanowił, że pokaże mi stadion leśny. Ale żeby się do niego dostać trzeba się nieźle nawspinać. Na czas wspinaczki, jakbym straciła chęć do rozmów. Już nie miałam nic do przekazania dla brata, jakoś tak wolałam pomilczeć. Ostatnio pani doktor powiedziała mi, że mam spowolnioną akcję serca, oj gdyby wtedy mnie zbadała z pewnością oznajmiłaby coś innego. Podbiegom nie było końca, najpierw asfaltem, a później w lesie. Znowu zafundowaliśmy sobie niezłe przełaje. I kiedy w końcu dotarliśmy do celu, poczułam wielką ulgę. Ogarnęła mnie wielka radość, tak zapatrzyłam się na śliczny stadion, że nie zauważyłam wystających korzeni i zaliczyłam solidny upadek"solidną glebę". Jednak zamiast chronić się przed upadkiem, jeszcze w locie złapałam za Garmina, aby go zatrzymać. A kiedyś na biologi pani uczyła nas, że w takich momentach człowiek bezwarunkowo osłania się, aby się nie doznać uszczerbku na zdrowiu. Coś mi się wydaje, że ta reguła nie dotyczy biegaczy. ;) Na szczęście nic mi się nie stało. Efektem tego upadku były jedynie otarte łydki, kolana i udo, a ponad to umorusałam się jak za
Źródło: http://www.aquaparksopot.pl/atrakcje/baseny-rekreacyjne
data pobrania 21.11.2013
starych, dobrych lat! Moje brudne ciało budziło uśmiechy wśród przechodniów, ale jako że dzisiaj jest Dzień Życzliwości, odwzajemnialiśmy je tym samym. Polataliśmy jeszcze po Sopocie, obejrzeliśmy restaurację po kuchennej rewolucji i trafiliśmy na nadbrzeżny deptak, a stamtąd do mieszkania Michała było już niewiele. Brak podbiegów sprawił, że moc wracała do nóg, aż chciało się przyspieszać, jednak te pokłady energii zachowałam na dalszą część dnia. Bo do brata i Patrycji wpadłam tylko na śniadanko, wzięłam rower i pojechałam do domu, aby tam poświęcić 40 minut na ćwiczenia z Ewą. Już w połowie czułam jak ta energia ze mnie uchodzi, jednak uznałam, że skoro wytrwałam do połowy to dotrwam też do końca. No i udało się! Jednak po takiej dawce ćwiczeń każdy mój mięsień dawał o sobie znać. Ale i to nie był koniec wrażeń, przecież umówiłam się z Szymonem, że pójdziemy na basen. Godzinka pływania, zjeżdżania i odpoczywania, a na koniec 3,5 km spacerowania. To był wspaniały dzień! Co prawda jeszcze trwa, ale na nic więcej już nie mam siły. ;)
Podsumowując, 14km 305m biegania, 4km 445m jeżdżenia rowerem, 40 minut ćwiczeń, 45minut pływania - SUPER DZIEŃ! No i nogi, tyłek i ręce trochę poobijane, ale przełaje zaliczone!

11/19/2013

Hej ho! Witajcie z powrotem biegowe ścieżki !

Tydzień lenistwa i w końcu nadszedł czas na wciągnięcie biegowego stroju i zasznurowanie bliźniaków. Jeszcze wczoraj myślałam, że wyjdę na kilka spokojnych kilometrów, tak ok. 6 może 8, aby jedynie rozruszać zastygłe mięśnie. Plan nieco zmodyfikował mi brat, który na dzień dobry przywitał mnie informacją o wspólnym treningu. Czemu nie? Pomyślałam sobie. I tak po 50 minutach stałam już przy jednym z wejść na sopocką plażę, wypatrując brata. Gdy Michał doleciał do mnie, ruszyliśmy w stronę Gdyni. Po drodze dowiedziałam się, że nie biegniemy jedynie do końca Sopotu, aby tam zawrócić. Tym razem zahaczyliśmy o "za sopockich" sąsiadów. I były to prawdziwe przełaje! Właśnie tego mi trzeba było. Sporo podbiegów, przy których serce wariowało, a co za tym idzie, sporo z biegów, przy których ciało odpoczywało. A do tego drzewa przewrócone, więc również gimnastyki nie zabrakło. Nie gnaliśmy, raczej cały czas prowadziliśmy swobodną rozmowę, nie kontrolowałam nawet tempa, bo pierwszy raz od 21 miesięcy wyszłam na trening bez Garmina! Szczerze mówiąc czułam się tak swobodnie i tak lekko, że chyba częściej będę zostawiała mojego towarzysza albo chociaż będę zamykać go w kieszeni, co by na niego nie zerkać. Tak, więc dzisiejszy trening uważam za bardzo przyjemny, przelecieliśmy wspólnie ok.14 km (nie mogąc się zdecydować czy to ma być 6 czy 8 km, wybrałam i jedno i drugie). Radość z biegania ciągle jest :)

11/12/2013

Wielka klapa

Z dzisiejszego wpisu nie będzie tryskał entuzjazm. Czuję złość, żal i rozgoryczenie, analizuję błędy i wyciągam wnioski. Coś poszło nie tak, zupełnie inaczej sobie wyobrażałam start w Gdyni. Jednak po kolei...

Do Gdyni udałam się z Szymonem i Patrycją z Michałem, pierwszy raz tylko ja występowałam w roli zawodniczki. Od rana czułam wielkie podekscytowanie, w końcu nadszedł TEN wielki dzień, 12 tygodni pracy dobiegło końca, teraz trzeba było pobiec i cieszyć się triumfem. Przed startem zadbałam o wszystko, śniadanie jak należy, strój dobrany, organizm zregenerowany. Po zjawieniu się na skwerze, odebraliśmy pakiet startowy, przebrałam się i przystąpiłam do rozgrzewki. Speaker informował, że w dniu dzisiejszym padnie rekord frekwencji, do tej pory myślałam sobie, że fajnie! Emocje sięgały zenitu, a kiedy w końcu ustawiłam się w swojej strefie (w przeciwieństwie do całej rzeszy biegaczy) serce waliło mi jak dzwon. Pożegnałam się z Szymonem i czas wyruszyć. Jednak od momentu wystrzału z Błyskawicy do czasu, kiedy minęłam linię startu minęły prawie 2 minuty. Kiedy w końcu uruchomiłam Garmina zaczęła się przygoda, a właściwie bieg z przeszkodami. W Gdyni biegało się ciężko już wcześniej, ale to co działo się wczoraj to istny kosmos. Wokół mnie byli ludzie z ostatniej strefy, którzy za każdym razem, gdy próbowałam ich wyprzedzić, obdarowywali mnie silnym uderzeniem w żebra. Napełniała mnie złość, a do wściekłości doprowadził mnie ktoś z tyłu, kto pchnął z impetem w plecy. Nawet się nie odwróciłam, nie chciałam tracić siły na takich "biegaczy". Pierwszy kilometr za nami i co? I klops! Tempo wynosi 4:53/km, czyli 23 sekundy straty! Próbuję nadrabiać na kolejnych kilometrach, ale wcale nie jest łatwiej, co jakiś czas robi się luźno, ale kolejny zakręt czy też zwężenie doprowadza do zwolnienia niemalże do marszu. Udaje mi się utrzymywać średnie zakładane tempo, ale nie mogę nadrobić straty z pierwszego kilometra. Czuję złość! W końcu wbiegamy na ul. Świętojańską, czyli rozpoczynamy łagodną, jednak długą wspinaczkę. Mijam Michała i Patrycję, niby się uśmiecham, ale to nie to. Mam straty, nie jestem zadowolona, pierwszy raz nie widzę w biegaczach sprzymierzeńców. Na 7. km kolejne 17 sekund straty, tym razem wiem, że nie wystarczająco dużo ćwiczyłam podbiegów i skipów. Mój błąd, płacę za niego. Do mety dzieli mnie już tak mało, a nie mam siły walczyć, po prostu nie chce mi się. Czuję zniechęcenie. Dotychczas biegnąc wzdłuż morza, czułam przypływ endorfin i z uśmiechem gnałam do mety. Teraz jest inaczej, daje się wyprzedzać i nie podejmuję walki, bo po co? Ostatecznie kończę swoją przygodę z Biegiem Niepodległości z czasem 45:31. Na mecie wita mnie Szymon, a ja zamiast tryskać radością, wylewam w jego ramię łzy. Po raz pierwszy uciekłam od razu z miejsca biegu. Nie chciałam, żeby ktoś mnie zapytał "Jak poszło?" Bo niby co miałabym odpowiedzieć? Dobrze? Gdybym nie pracowała nad złamaniem 45 minut to można by stwierdzić, że ok, w końcu poprawiłam życiówkę o 42 sekundy. Ale o coś innego walczyłam i powoli godzę się z porażką.

Po tym biegu targają mną mieszane emocje. Szczerze mówiąc nie wiem czy w przyszłym roku wystartuję w GPX Gdyni. Uważam, że 6000 osób to zdecydowanie za dużo,limit powinien być o połowę mniejszy. Po drugie strefy - hehe, po co?! Nikt tego nie pilnuje, każdy ustawia się i tak jak chce. Przede mną była cała masa osób, które biegły środkiem w tempie wolniejszym niż 6min/km, a kiedy chciałam kogokolwiek wyprzedzić, otrzymywałam bolesne uderzenia łokciem w żebra. Biegacze ze strefy 55< zajmowali miejsca przede mną, rozumiem, że ktoś mógł podać słaby czas, a teraz chce się poprawić, ale mając wynik z rzędu 1h, jak można pchać się o 3 strefy do przodu?
Czuję wielki żal i rozgoryczenie. Pozostało mi się pogodzić z porażką i jeszcze poćwiczyć, może to jeszcze nie czas? Jedno wiem na pewno, nie poddam się! Wystartuję w mniejszym biegu. Gdzieś, gdzie na trasie wystarczy miejsca dla każdego. Udowodnię sobie, że potrafię, a to co działo się wczoraj niech będzie lekcją pokory.

11/06/2013

Wielkie odliczania

Źródło:  http://www.mmtrojmiasto.pl/431570/2012/11/12/bieg-niepodleglosci-gdynia--zdjecia?category=sport  
Do startu w Gdyni pozostało 5 dni, a więc nie pozostaje nic innego, tylko odpoczywać. Na wczorajszym treningu zrobiłam ostatnie serie szybkościowe, a przede mną w tym tygodniu tylko kilka spokojnych kilometrów. Takie wyciszenie sprawia, że w głowie zaczynają się kłębić różne myśli i tak na zmianę wizja sukcesu przeplatana z myślą o porażce. Co ma być to będzie, co było dobrze to się cieszę, a błędów, cóż, już nie naprawię. Szczerze mówiąc, najbardziej boję się pierwszych kilometrów, obym nie dała się ponieść. Kilka razy na treningu wyrywałam się osiągając tempo 4:12/km, kiedy zakładane było o 18 sekund wolniejsze, co było przy kolejnych odcinkach? Oczywiste, język na brodzie i spadek prędkości.
1. NIE DAĆ SIĘ PONIEŚĆ, tak to jest punkt pierwszy do zakodowania w głowie.
Pod względem technicznym myślę, że jestem przygotowana. AKB'owy strój gotowy, ścigacze już czekają, przyjaciel Garmin również w gotowości.
Już dawno tak się nie stresowałam, serducho przyspiesza na samą myśl o poniedziałku. Niech on w końcu nadejdzie, bo zwariuję!

10/30/2013

Deja vu?

Kolejna sobota się zbliża, a ja mam zaległości z poprzedniej. O czym takim jeszcze nie wspomniałam? O Kolbudzkiej "10"!

Poranek zaczął się rutynowo jak to bywa w dni zawodów, owsianka, miód i dżem - standard! Mimo, że do Kolbud jedzie się ok. 30 minut, postanowiłam wyruszyć nieco wcześniej, tym bardziej, że jechałam sama, a w domu już mi się nudziło. Po przybyciu kolejna rutynowa czynność, odebranie numeru, przebranie się (ostatni raz w tym sezonie bezrękawnik AKB Lidzbark Warmiński), rozgrzewka i o 12:30 nadszedł czas na ustawienie się. Trasa zapowiadała się, hmmm... ciekawie. Szczerze mówiąc chciałam pobiec dobrze, nawet bardzo dobrze, jednak organizatorzy ostudzili mój zapał. Trzeba było puknąć się w głowę i przypomnieć sobie, że startem docelowym tego sezonu jest Bieg Niepodległości.
Małe opóźnienie i ruszyliśmy. Na początek dostaliśmy trochę asfaltu, całkiem przyjemnie się biegnie, gdy nagle na drugim kilometrze oczom ukazuje się pokaźna górka. To dopiero początek, a oddechy biegaczy już ciężkie, wcale nie ma się co dziwić, taki podbieg każdemu dałby w
kość. Gdy udaje się uporać i wdrapać na szczyt, wbiegamy do lasu. Profil trasy mówił, że tutaj już będzie płasko, jeszcze przed startem pomyślałam, że może być całkiem przyjemnie. Oj, jak się pomyliłam, po nocnych opadach wcale nie jest tak lekko.Cała sterta mokrych liści sprawia, że wkładam w bieg dużo siły, a jaki jest tego efekt? Mam wrażenie, że stoję w miejscu! Dodatkowo kałuże na całą szerokość ścieżki i wystające korzenie, miejscami trzeba naprawdę zwolnić, aby nie nabawić się kontuzji. Co jakiś czas zrównuję się z zapoznanym w biurze zawodów biegaczem, wymieniamy kilka zdań, aż w końcu kolega mówi, że według niego jeszcze tylko 1,5 km zostało, mój Garmin mówi, że dotychczasowy dystans to 7.88 km. Przez głowę przechodzi mi myśl, że może mój GPS się pomylił, w końcu biegniemy w lesie, więc to nic dziwnego. Ale nie, nie tym razem! Po minięciu 1,5 km i tablicy "9km" dobiegamy do kolejnej! Na trasie na 10. km zamiast mety pojawia się tablica! A więc gdzie koniec? Na szczęście niedaleko, bo niecałe 500 metrów. Dobiegam do mety po 49 minutach, jestem już nieco zmęczona i trochę zawiedziona
Biegowa rodzina
szczerze mówiąc, jednak co się okazuje? Znów jestem w czołówce, tym razem zepchnięta o jedną pozycję, jednak jest miejsce pucharowe w klasyfikacji open kobiet! Kolejny raz wracam z pucharem do domu, z dumą wsiadam z nim do autobusu i całą drogę trzymam moje trofeum na kolanach! :) A teraz ostatnie 2 tygodnie treningów i w końcu TEN dzień!
Do Biegu Niepodległości pozostało TYLKO 12 dni i AŻ 12 dni do zakończenia wyzwania żywieniowego, przekąsiłabym coś słodkiego.




10/21/2013

Wspomnienie weekendu, czyli Żukowska "15"

fot. Daniel Czaja
Gdy emocje już nieco opadły, nadszedł czas, aby podzielić się z wrażeniami z soboty, czyli z Żukowskiej "15". Start zaplanowany był dopiero na godzinę 12:30 w miejscowości Przyjaźń, więc wczesne zrywanie się z łóżka nie było konieczne. Szczerze mówiąc noc przebiegła wyjątkowo spokojnie (w przeciwieństwie do nocy przed II Biegiem Oliwskim). Główną przyczyną zapewne był fakt, iż zamierzałam przebiec treningowo. Na 3 tygodnie przed startem docelowym nie powinnam się narażać na kontuzje i przemęczenia. Cel jest taki, aby 11. listopada być wypoczęta.
Do Przyjaźni dojechaliśmy z Piotrkiem jeszcze przed godziną 12, w kolejce po numer startowy spotkaliśmy Michała. Pogoda nie rozpieszczała, słupek rtęci oscylował w granicach 5 kresek. Pozostawienie kurtki z samochodzie należało do jednej z najtrudniejszych czynności. Ale kiedy numer startowy znajdował się już na piersiach, na nogach "ścigacze", a na zegarkach dochodziła 12:30 oznaczało to jedno - czas się ustawiać. Zazwyczaj na takich mniejszych staję gdzieś bliżej czołówki, tak ok. w 3 linii, jednak nie tego dnia. Tym razem ustawiłam się bliżej końca, wiedząc, że zbyt duża ilość wyprzedzających mnie biegaczy, może spowodować, że obudzi się we mnie chęć rywalizacji i zacznę przyspieszać, a tego nie mogę zrobić, szczególnie na pierwszych 2 kilometrach. Dopiero od 3. km miałam prawo przyspieszać i trzymać tempo do 10. tysiączka. Jakie były plany na ostatnie 5 kilometrów? Albo kontynuować bieg na wyższych obrotach albo po prostu truchtać do mety. Co wybrałam? Wszystko po kolei.

Zanim zaczęło się odliczanie, padło pytanie "Czy wszyscy są?", nastała cisza, więc chyba wszyscy
Serdeczne podziękowania dla pana Bartłomieja z Gdyni
są. I tak 10...9...8...7...6...5...4...3...2...1... RUSZAMY! Mimo, że jestem w końcówce to jest sporo osób, które mnie wyprzedzają, próbuję odwracać od tego swoją uwagę, wiele razy spaliłam się na starcie, np. w Przodkowie, kiedy na pierwszych kilometrach notowałam czasy rzędu 4:20, a do mety dobiegałam z językiem na brodzie. No i przecież ja dzisiaj biegnę treningowo, a w planie mam jasno napisane, że początek spokojny. Już na początku widzę, że byli którzy jednak dali się ponieść, na 1. km mijam pana, który  musi przejść do marszu. Ja kontynuuję bieg, ale z niecierpliwością czekam do, aż na Garminie pojawi się komunikat, że okrążenie drugie dobiegło końca. Czekam, czekam i w końcu nastaje upragniony moment. Wtedy podnoszę kolana nieco wyżej, wybiegam bardziej na środek jezdni i nareszcie to ja wyprzedzam. Mijam sporą grupę biegaczy, wśród nich panią, która okazała się być najstarszą biegaczką. Po kilkuset metrach dobiegam do pana w charakterystycznej zielonej koszulce. Raz on wyprzedza mnie, raz ja go. Trzymamy się tak ok 1,5 kilometra, kiedy dobiega do nas kolejny zawodnik z numerem 77. Wtedy lecimy we trójkę, nie ukrywam, że kiedy panowie są z przodu biegnie mi się nieco lżej, gdyż chowają mnie od wiatru, a ten jest wyjątkowo bezlitosny. Nie pomaga szczególnie na podbiegach. Do pierwszego punktu z wodą dobiegamy razem (6.km), ale tuż za nim naszym oczom ukazuje się całkiem spora górka, tam jeden z moich kompanów jednak zostaje w tyle. Wcale się nie dziwię, gdyż i mnie dopada ból w udach, jedyne co robię to po prostu biegnę z pochyloną głową, nie chcę patrzeć przed siebie, bo szczytu nie widać. W końcu się udaje i najtrudniejszy moment tego biegu za nami, jednak tempo spadło aż do 5:07, kiedy planowo miałam biec po 4:35. Już wtedy rodzi się w mojej głowie myśl, że jednak po 10. km nie zwolnię, będę biec i nadrabiać starty z podbiegów. Kolejne kilometry mijają, a my ciągle biegniemy razem, mimo iż biegniemy ramię w ramię nie wymieniamy ze sobą ani jednego słowa. Wymijamy po kolei wszystkich, którzy nam się nawinął, oj jakie to cudowne uczucie, mieć siły, aby gnać do mety. Nie powiem, że jestem totalnie świeża, ale nie mam powodów, aby narzekać. Nie kontroluję pozycji, nie mam pojęcia ile kobiet jest przede mną, ale
6 najlepszych kobiet!
kiedy na 11.km wyprzedzam panią z teamu BBL myślę sobie, że chyba jest całkiem nieźle. Przed sobą w zasięgu wzroku mam jeszcze tylko jedną dziewczynę, spokojnie, bez zrywów w końcu doganiam także ją. Ona jednak jest jedyną osobą, która podejmuję walkę, jej towarzysz zachęca ją do rywalizacji. Oddech dziewczyny jednak wskazuje na jej zmęczenie, chcąc pokazać, że ja mam siłę (chociaż już zaczynam słabnąć, ale w żaden sposób nie chcę pokazać tego swojej rywalce) przyspieszam, a tempo na tym kilometrze wynosi 4:23. Do mety już mamy bardzo blisko, mogę się trochę wysilić, mój "zając" również dodaje otuchy. Przez kilka minut słyszę jeszcze ciężki oddech rywalki, a to skłania mnie do utrzymywania tempa. Trasa również przestaje być wymagająca, na ostatnich 4 kilometrach podbiegi zmieniają się w zbiegi, a wiatr, który przez 3/4 trasy wiał w twarz, teraz dmucha nam w plecy. W końcu wracamy z wycieczki krajoznawczej do
Zdolni Sawicze
Przyjaźni, a tam ostatni zakręt i niespodziewanie meta, choć liczyłam jeszcze na co najmniej 500 metrów biegu. Szczęśliwa przekraczam linię i w końcu mogę podziękować mojemu towarzyszowi - panu Bartłomiejowi :) Z dwoma medalami na szyi i ogromnym uśmiechem na twarzy spotykam brata, a ten informuje mnie, że chyba w Open zajęłam całkiem niezłą pozycję, aby zweryfikować tę informację, udaję się do stolika przy mecie i proszę o sprawdzenie, chłopak odpowiedzialny za wyniki sprawdza na liście i okazuje się, że jestem 5! To oznacza, że dostanę puchar, gdyż pierwsze 6 kobiet jest nagradzane! :-) Super sprawa! Nie dałam się ponieść na początku, gnałam w końcówce i zostałam tak wyróżniona. Cudowne uczucie, kiedy następuje dekoracja, a organizator wyczytuje, że wśród najlepszych kobiet tego biegu znalazła się "Monika Sawicz z Lidzbarka Warmińskiego". Nie jednokrotnie nazwisko "Sawicz" zostało wyczytane, gdyż mój brat również stanął tego dnia na podium :) No cóż, rodzeństwo nie tylko na medal, ale również na PUCHAR! :)









10/18/2013

Wyzwanie rozpoczęte

Już się nie przydadzą.
Źródło: https://mcdonalds.pl/kupony/fb/facebook_ver/kupony1.jpg
Ostatnio mój brat na swoim blogu (biegaczzpolnocy.blogspot.com) wspomniał o pewnym wyzwaniu żywieniowym. Polega na tym, aby do 11. listopada nie jeść słodyczy ani jedzenia śmieciowego. Powiem szczerze, że przeczytałam, przeanalizowałam i odrzuciłam tę propozycję, jakoś nie poczułam tego klimatu, bo niby po co mam się ograniczać? Przecież nie jestem gruba, na zdrowie też nie narzekam. Ale myślenie zmieniło mi się dzisiaj rano, kiedy na facebook'u dostałam zaproszenie do tego wydarzenia.Ot, taki impuls, jeszcze raz się zastanowiłam i tym razem w głowie zaświeciła się żaróweczka "Czemu nie?", nic mi się nie stanie, a może być ciekawie :) Warto poćwiczyć swoją niestety słabą silną wolę. I tak o to pisząc tę notkę, zajadam się jabłkiem, a z kuchni dobiega do mnie zapach rosołu, pierwszy raz w swoim życiu gotuję rosół! Zniżki z McDonald's wyrzucone, bo póki co nie pójdę na lody ani na McWrapa :) Czekolada po zbadaniu jakości również znalazła się w barku, a niech leży i kusi, nie dam się jej! A nóż uda się zrzucić kilka kilogramów i zyskać na
szybkości, kto wie, kto wie. 
 
Wyzwanie wyzwaniem, ale jutro zawody! Trzeba się naładować, więc na kolację planuję zjeść makaron z truskawkami, uwielbiam! Trochę energii na pewno się przyda, chociaż planuję pobiec jutro treningowo. Ba! Początkowo miało to być moje spokojne wybieganie w tempie 5:50/km, ale szczerze wątpię czy dałabym radę aż tak się powstrzymywać. Zrealizuję sobotni trening i na początku rzeczywiście delikatnie potruchtam, a później przyspieszę. Jak to wszystko wyjdzie? Zobaczymy już jutro :) Nie mogę się doczekać!





10/15/2013

II Bieg Oliwski

Przeprowadzka i powrót na studia spowodowały ogromne zaległości na blogu. Dziś w końcu mam chwilę, aby usiąść przed komputerem i opisać, co prawda nie wszystkie treningi, lecz niedzielne zawody, a mianowicie II Bieg Oliwski.

Dzień rozpoczął się przed godziną 8, nadmiar emocji spowodowany startem w zawodach zaserwował wiele pobudek w ciągu nocy, więc gdy nadeszła pora na wstawanie, ochoczo podniosłam się z łóżka, aby przygotować sobie śniadanie mistrzów! Uwielbiam te przedbiegowe posiłki. Kiedy żołądek był pełny, a torba spakowana, mogliśmy wyruszać. Tego dnia towarzyszyli moi najwspanialsi kibice - Szymon, Karolina, Agnieszka, którzy ten niedzielny poranek postanowili spędzić razem ze mną. Wstali z łóżek, aby mnie dopingować, nie ma nic lepszego na świecie niż takie wsparcie. :) Za co im z całego serca dziękuję! Start zaplanowany był na godzinę 12, my na miejscu zjawiliśmy się przed 11, a więc miałam czas na spokojne przygotowanie się i rozgrzanie. Mimo iż miejsce nie zmieniło się w stosunku do roku poprzedniego to cała aura jak najbardziej. Stworzone zostało mini miasteczko biegowe. To już nie budka, gdzie mieściło się biuro i jeden namiocik, przy którym wydawano posiłki regeneracyjne. Tym razem na polanie rozstawione zostały namioty sponsorów i stoły dla biegaczy. Meta to nie po prostu napis na zużytym plakacie, a dmuchana brama jak na wszystkich biegach. Było czuć klimat zawodów, a nie truchtanie w większej grupie. Ponadto w tym roku nie biegliśmy tylko dla siebie, trasę pokonywaliśmy dla 19letniego Kamila, który choruje na białaczkę. Utkwiły mi słowa organizatorów, którzy chwilę przed startem powiedzieli "Jeśli na trasie dopadnie was kryzys i pomyślicie, że już nie dajecie rady, pomyślcie o Kamilu, on walczy z chorobą każdego dnia". Takie słowa niesamowicie motywują i kryzys typu kolka staje się niczym.

Z przyczyn technicznych start został nieco opóźniony, ponadto dowiedzieliśmy się, iż trasa licząca według wcześniejszych założeń 10km jest o prawie 2000m dłuższa. No cóż, powiedziało się "a" trzeba powiedzieć "b".  Chwilę po 12 mogliśmy stawać na linii startu, wspólne odliczanie i o 12:17 w końcu naciskam "START"! Przebiegamy przez boisko KS Olivia i wybiegamy na ulicę Kościerską, trochę asfaltu i wbiegamy na parking, aby pohasać nieco po trawce. Widzę przed sobą sporą grupę biegaczy, ale nie myślę ani o doganianiu kogokolwiek ani o ściganiu się. Plan jest prosty pokonać 10km w tempie 4:24-4:30/km. Pierwszy kilometr i Garmin mówi o tempie 4:42, "to nic" myślę sobie, przecież mam 2km od organizatorów na roztruchtanie. W końcu wbiegamy w las i tam mój przyjaciel GPS wariuje. W nogach czuję moc, na podbiegach więcej wyprzedzam niż daje się wyprzedzić, a Garmin mówi, że kilometr zajął mi 5 minut 25 sekund. Uświadamiam sobie, że to totalnie nie możliwe, a mój kompan zwyczajnie się pogubił w lesie, więc słuchanie go nie ma żadnego sensu, mogę się tylko niepotrzebnie stresować. Na 3. km mijamy zwierzęta, lamy i wielbłądy są bardzo zainteresowane naszym widokiem i bacznie nas obserwują. Pecha mają zwiedzający, którzy stoją z drugiej strony wybiegu. Kiedy czuję, że jest dobrze dobiega do mnie głos zmęczenia, wiem jak bardzo wyprowadza mnie to z równowagi, więc postanawiam, że tego dnia nie dam się wybić z rytmu i uciekam. Garmin mówi, że tym razem przebiegliśmy tysiączek o 25 sekund szybciej, jednak i tak mu nie ufam. Musi jeszcze popracować na odzyskanie mojego zaufania. Dotychczasowa trasa to same zbiegi i podbiegi, o płaskiej asfaltowej powierzchni nie ma mowy. Są to niecodzienne warunki dla mnie, ale niewątpliwie ciekawe. Po 4. kilometrze część biegaczy odbija w stronę mety (jest to grupa, która zdecydowała się na bieg na dystansie ok.5km), my jednak biegniemy w przeciwną stronę. Ciekawa ciągle jestem Wzniesienia Marii, którym straszono nas przed startem.  Zanim do niego dobiegamy mamy do pokonania kilka pagórków, w międzyczasie ktoś na mój widok mówi "3 kobieta", szczerze mówiąc nie byłam tego świadoma, od początku nie pilnowałam pozycji, a więc ta informacja była miłym zaskoczeniem. Nogi już nieco czują zmęczenie, jednak każdy podbieg kończy się zbiegiem i mimo iż totalnie nie radzę sobie, nie umiem poprawnie technicznie zbiec, nie tracąc pozycji to moje nogi nieco odpoczywają. No i po 6.km skręcamy w lewo i zaczyna się wspinaczka! 7. km to bieg pod długą krętą górę, aby nie czuć, że coś mnie boli myślę o momencie wbiegnięcia na metę. Wiem, że czekają tam moi bliscy i dla nich chcę jak najszybciej pokonać trasę, w końcu na zewnątrz jest zimno, więc nie mogę dopuścić, aby za bardzo zmarzli. To nieczyste zagranie z lewą półkulą okazało się skuteczne, ani razu nie usłyszałam głosu "Zwolnij, zatrzymaj się", wręcz przeciwnie chcę gnać. Po wdrapaniu się na szczyt nadszedł czas na "zejście" z niego. Jest to niesamowicie niebezpieczne, przynajmniej dla mnie, gdyż jak już wspomniałam nie umiem radzić sobie sprawie z takimi odcinkami trasy. Wystające korzenie sieją strach i przed oczami ukazują się wizje upadku i kontuzji, lepiej zwolnić niż zrobić sobie krzywdę. Zbieg mimo, że długi to w końcu się kończy, a my po niedługim czasie wybiegamy z lasu. Wtedy zaczynam wierzyć w dane z Garmina, który mówi, że 9.km pokonuję w 4 minuty i 19 sekund, czyli jest dobrze, a nawet za szybko. Ale do mety już tak blisko, zaraz będę świętować z bliskimi mi ludźmi, zaraz przy nich będę, na mojej szyi zawiśnie piękny medal. Na kolejnym kilometrze zahaczamy już o trasę biegu minionej edycji, wiem już gdzie jestem i kiedy cieszę się 3. miejscem z zza pleców wybiega mi drobna krótkowłosa sylwetką, niestety to kobieta... Nie wiedzieć czemu nie podejmuję walki o pozycję,
może to już zmęczenie. Jednak kiedy wybiegam na ostatnią prostą i widzę 3 znane mi postacie siły powracają i na metę wpadam po 51minutach 58sekundach. Dystans według Garmina to 10.75km, jednak z całą pewnością twierdzę, iż pomylił się on i organizatorzy byli bliżsi prawdy mówiąc, że było to 12km. Ostatecznie na dekoracji okazuje się, iż   na 3 pozycji w kategorii 16-39 lat plasuje się MONIKA SAWICZ Z LIDZBARKA WARMIŃSKIEGO, otrzymuję statuetkę, która przypomina swoim kształtem dom pingwina, na szyi zawisa mi śliczny medal, a ten dzień przypomina piękny festyn rodzinny. Bardzo miłym zaskoczeniem okazuje się upominek od sponsora, Dr.Oetker'a. Ponadto to mój numer startowy -173, okazuje się szczęśliwy w losowaniu i otrzymuję kubek od Radia Gdańsk oraz kawę. Na koniec McDonald's w nagrodę i powrót do domu. Ten dzień utkwi mi na długo w pamięci również ze względu na moich towarzyszy, rzadko mam swoich kibiców, ale uczucie, że oni są i mnie wspierają jest jedno z najpiękniejszych! :)